Kropla, do
kropli, aż czarka się przeleje i staniesz się najgorszym
doświadczeniem mojego wolontariatu. Od czego się zaczęło:
Moja
współkompaniera-współtowarzyszka w pełnej konspiracji zaczęła
zapraszać ludzi z naszej pracy na piątkową kolację, rzecz jasna
nic mi o tym nie wspominając. Moje uważne ucho zasłyszało
fragment rozmowy: dziewczyna z pracy: -A to zapraszacie nas na
kolacje. Ona (współ-mierda): -Nie to JA zapraszam. -I się zaczęło.
To prawda wcześniej ja zapraszałem ludzi, bo z jej strony nigdy nie
było żadnej inicjatywy, ale zawsze zapraszałem w naszym imieniu:
Zapraszamy. Nigdy: Zapraszam.
Przez następne
dwa dni padały pytania kierowane do mnie: -Kto do Was przyjdzie? -To
w piątek widzimy się u was?
Odpowiadałem:
nie wiem, nie ja to organizuje, ponadto nie jestem zaproszony.
Dziś
starszyzna pracownicza (odpowiednio 30, 35, 34 lata) zapytała mnie o
kolację (zaproszeni nie zostali). Odpowiedziałem tak jak to robiłem
już wcześniej. Padło pytanie: ale jak to, to nie rozmawiacie?
Rozwinąłem temat, powiedziałem, że to gówno nie konwiwencja,
opowiedziałem o zostawionych łyżeczkach i kubkach, które czekają
na mnie dwa dni (kiedy jestem w podróży), bo dla mojej
współlokatorki to zbyt wiele -zmyć je. Opowiedziałem o
proponowanych przeze mnie wspólnych posiłkach (początek
listopada), opowiedziałem o braku wzajemności, o antypatii i
aspołeczności swojej towarzyszki. Wszyscy zresztą sami mogą to
zaobserwować, bo wyżej wymieniona nie uczestniczy w kolacjach
pracowniczych, nie wychodzi. Krąży tylko między domem, pracą i
biblioteką, gdzie jest internet. W domu zaś krąży między swoim
pokojem i salonem, gdzie gapi się w pudło. Popołudniu doszło do
rozmowy z mediatorem, czyli z naszą tutorką. Padły słowa o tym,
że wiedzą, że nie żyje nam się dobrze wspólnie, ale że możemy
chociaż próbować lub udawać w pracy. Tutorka wyciągnęła sprawę
kolacji (która w innym wypadku by nie wypłynęła). Sublokatorka
stwierdziła, że nie robi niczego czego ja nie robiłbym wcześniej,
że zawsze dowiaduje się o wizytach, na godzinę lub dwie przed
faktem (co w większości wypadków jest prawdą, ale powiedzcie mi
czy da się inaczej? Ludzie nigdy nie wiedzą, kiedy przyjdą, zawsze
przychodzą w większej ilości niż zapowiedziana). Ona zaś
potrzebuje czasu żeby się nastawić, akurat jest smutna wyjazdem
swojego narzeczonego. No i kurwa co? Na szczęście personifikacja
prawdy w postaci mojej tutorki zarzuciła sublokatorce egoizm:
-Zapraszasz
przyjaciela na miesiąc, narzeczonego na dwa tygodnie, siostrę na
kilka dni, a on nie może zaprosić znajomych na kolację? Jak często
ich zapraszasz?(to do mnie)
Zapraszam dwa
razy w miesiącu, jak widać to zbyt dużo, bo jeśli zapraszam
wspólnych znajomych to musi być to zapowiedziane, nie wiem jak bo
nie posiadam wiedzy o godzinie odwiedzin, czy ilości osób. Padają
też jej słowa -Wcześniej ustaliliśmy, że będą nas odwiedzać
nasi znajomi, nie moja wina ŻE DO NIEGO NIKT NIE PRZYJEŻDŻA.
Nie, nie
przyjeżdża, ale nie mam problemu z tym że zaprasza swoich
znajomych, ale niech mi łachudra nie wypomina organizowania kolacji.
Mogę zapraszać każdego, ale nie tych których ona zna, bo wtedy
czuje się zobligowana do siedzenia z nimi. Moja wina, że jest
aspołeczna?
Padły słowa o
tym, że jestem najgorszą częścią jej wolontariatu i że żyje
się ze mną/nam fatalnie (i z wzajemnością cipsonie) -co rzekłem,
bez epitetu jednak.
I co jeszcze
mogę napisać? Nic właściwie, kwintesencja zawartą została, a
teraz buzuję się na wieczorną rozmowę, która nastąpi za trzy
kwadranse. Skoro powiedziało się A, to trzeba też powiedzieć B,
ale też X,Y i Z. Oznacza to przestudiowanie całej zawartości
bloga, żeby nie zapomnieć o ani jednej rzeczy do wypomnienia, czyli
wspólne kolacje proponowane przeze mnie, techniczna organizacja
całego naszego życia, organizacja hostelów, poruszanie się z mapą
po Saragossie, nieumyte łyżeczki i kubki, niepościelone łóżko
po wspólnej znajomej, które oczekiwało na mój powrót z Andaluzji
2 dni, może też upomnę się o zwrot kosztów za spinacze do prania
(0.75centów), drewnianą łopatkę do jedzenia (2 euro) i inne
pierdolety, tak, będę małostkowy, tak będę dziadem.
Sam jej
argument, największym jej problemem jest to, że nie zawiadamiam z
odpowiednim wyprzedzeniem o wizytach, nie chodzi o to, że wspólne
życie nie wychodzi, że nie prowadzimy wspólnego gospodarstwa, nie
gotujemy, nie jemy razem. Nie, z jej strony nie o to chodzi. Z mojej
i owszem, nigdy mi nie zaproponowała, że coś kupi skoro idzie do
sklepu, ja tak, nigdy nie otworzy skrzynki na listy, bo ja to zrobię,
nigdy nie skontaktuje się z właścicielką mieszkania bo ja to
zrobię, nigdy nie podejmie hydraulika o 8 rano, bo ja to zrobię.
Koniec Nigeryjko, Frido wracaj do (to już kod zrozumiały dla jednej
osoby). Pieprz się łachudro, od jutra wszystko w twoich leniwych
łapach, dziel kurwa i rządź leniwa krowo. Pierdolona czereśnia.
21.10-pierwsza
próba, nieudana -jest w kiblu
21.25 -druga
próba, nieudana -wciąż w kiblu. Albo sra, albo podcina żyły,
mycie się jest wykluczone z powodu braku dźwięku włączonej
wody. Chce mi się siku.
21.29
-wyszła, idę siku, a potem porozmawiać. Papieros na PO już
przygotowany. 21.30 -Zapomniałem
o ostatniej możliwości -demontaż sztucznych włosów, w ramach
przygotowań do przyodziania nowej peruki. Rozmowa przesunięta na
najbliższą przyszłość. Pet.
Dramat!
Skończyły mi się bibułki do szlugów. Matka potrzebą wynalazku,
a historia vitae magistra. Przypomniałem sobie Bachtina, któremu
w czasie II Wojny Światowej skończyła się bibuła do papierosów,
a który bez szlugów przetrwać nie mógł i postanowił spalić
swoją opasłą książkę o Dostojewskim -użył stron w charakterze
bibułki. Zrobiłem to samo, tyle że z opakowaniem od pocztówek.
Tak też skonstruowałem najładniejszego papierosa w moim życiu.
Wróćmy jednak do rzeczy. Do 23 czekałem na rozmowę, włączyłem
sobie telewizor (pierwszy raz od grudnia oglądałem tv wieczorem).
Trafiłem na program w stylu Szymona Majewskiego, tyle że
zabawniejszy. Z rudym gościem i piękną modelką w charakterze
zaproszonej. Udzielił mi się wesoły nastrój rozmówców i jakoś
tak napięcie we mnie się zmniejszyło. Po 23 rozmowa rozpoczętą
została. Była to rozmowa wyważona, szczera i konstruktywna. Nie
wytknąłem w końcu tych spinaczy i drewnianej łopatki, zabrakło
na nie miejsca w naszym dialogu. Wymieniliśmy krytyczne uwagi na
swój temat, na temat niezmywania przez nią łyżeczek i skrzynki na
listy. Ona ze swojej strony wytknęła mi okruszki po chlebie
zostawiane w zlewie oraz paprochy podłogowe skrzętnie zamiatane za
drzwi od kuchni lub w pobliże śmietnika. Z rzeczy bardziej ważnych
wytknęła mi nieinformowanie jej o planowanych wizytach z
odpowiednim wyprzedzeniem. Wytknęła zaskoczenie jej o 14.30 w
sobotę w piżamie i z brudnymi talerzami w salonie „ Bo jak ty byś
się czuł w takim momencie?”. Nie potrafię się wczuć w
sytuację, trudno mi wyobrazić sobie siebie o tej godzinie w
powijakach na salonach. Jeśli tak gniję, to tylko u siebie w
pokoju. No i o ten pokój też się rozeszło, że się zamykam w
swojej pustelni i współkompaniera (już nie łajdaczka i łachudra)
nie chce mi przeszkadzać. Główną przyczyną narastającego
konfliktu jest duma i uprzedzenie. Żadne z nas nie podejdzie
pierwsze, nie rozpocznie tematu, nie zaproponuje nic drugiemu, nie
wytknie mu wkurwiczynków dnia codziennego. No i co? W sumie to
czuje, że rozmowa oczyściła atmosferę. Zatem na pytanie Czy warto
rozmawiać? (w tym miejscu składanie rąk na Pospieszalskiego).
Odpowiadam: Tak, warto! Okruchy odtąd spłukiwać będę wodą, a
paprochy zamiatać prosto do śmietnika. Postanowiłem też więcej
proponować sublokatorce mimo iż nadal twierdzę, że towarzystwo z
niej żadne i że nie mamy o czym z sobą rozmawiać. W sumie
sytuacja się wyklarowała, chociaż postawiła nas w nowej sytuacji,
która przedstawia się następująco: osoby, które nie są siebie
ciekawe i nie przepadają za sobą próbują utworzyć jakąś
relację. Zastrzegliśmy jednak, że nic na siłę. Co pozostaje
wentylem bezpieczeństwa.
Na sam już
koniec dodam, że w grę weszła też Zazdrość i medycyna.
Zazdrość: sublokatorka w ramach projektu personalnego robi rysunki
do pracy. Ja z czystej przyjemności, w ramach hobby też zacząłem
je robić, nie żeby konkurować, nie żeby pokazać kto ma lepszą
kreskę (nulla dies sine linea), większą wyobraźnie (ja), a kto
tylko przerysowuje znane postacie z kreskówek (ona). Sublokatorka
poczuła się w tym miejscu urażona, wszakże ukradziono jej
projekt. Nie to było moją intencją, w końcu rysunki nie są
częścią mojego projektu personalnego. A, że są lepsze...No
cóż...Bozia nierówno obdarza talentami. Tym narcystycznym akcentem
kończę tę nieprzyzwoicie długą notkę i udaję się na
spoczynek. Życzyć mi proszę lepszego jutra.
*Na kolację
celowo mnie nie zapraszała, żeby powiedzieć mi o niej 2,3 h
wcześniej, żebym poczuł się zaskoczony i zaskoczył, że ją to
denerwuje, ergo zmienił swoje postępowanie. Te 3 h wcześniej by
mnie w żadnym wypadku nie rozsierdziły, jestem przyzwyczajony do
improwizacji. Jak wiadomo bardziej zdenerwowało mnie to: Ja
zapraszam. Gdzie z jej strony JA było chwytem czysto gramatycznym:
„Bo skoro ja zapraszam, stoję sama, to używam 1 os.l.poj.) A
pomyśleć, że w październiku nawet wyszliśmy razem pobiegać!
Szczerze to ona i tak zawsze ma minę srającego kota, co mnie
denerwuje, ale tego już jej nie powiedziałem. -brak w frazeologii,
zresztą nie chciałem insultować po tym przeczyszczeniu.
wino-GRONA GNIEWU
Kropla, do
kropli, aż czarka się przeleje i staniesz się najgorszym
doświadczeniem mojego wolontariatu. Od czego się zaczęło:
Moja
współkompaniera-współtowarzyszka w pełnej konspiracji zaczęła
zapraszać ludzi z naszej pracy na piątkową kolację, rzecz jasna
nic mi o tym nie wspominając. Moje uważne ucho zasłyszało
fragment rozmowy: dziewczyna z pracy: -A to zapraszacie nas na
kolacje. Ona (współ-mierda): -Nie to JA zapraszam. -I się zaczęło.
To prawda wcześniej ja zapraszałem ludzi, bo z jej strony nigdy nie
było żadnej inicjatywy, ale zawsze zapraszałem w naszym imieniu:
Zapraszamy. Nigdy: Zapraszam.
Przez następne
dwa dni padały pytania kierowane do mnie: -Kto do Was przyjdzie? -To
w piątek widzimy się u was?
Odpowiadałem:
nie wiem, nie ja to organizuje, ponadto nie jestem zaproszony.
Dziś
starszyzna pracownicza (odpowiednio 30, 35, 34 lata) zapytała mnie o
kolację (zaproszeni nie zostali). Odpowiedziałem tak jak to robiłem
już wcześniej. Padło pytanie: ale jak to, to nie rozmawiacie?
Rozwinąłem temat, powiedziałem, że to gówno nie konwiwencja,
opowiedziałem o zostawionych łyżeczkach i kubkach, które czekają
na mnie dwa dni (kiedy jestem w podróży), bo dla mojej
współlokatorki to zbyt wiele -zmyć je. Opowiedziałem o
proponowanych przeze mnie wspólnych posiłkach (początek
listopada), opowiedziałem o braku wzajemności, o antypatii i
aspołeczności swojej towarzyszki. Wszyscy zresztą sami mogą to
zaobserwować, bo wyżej wymieniona nie uczestniczy w kolacjach
pracowniczych, nie wychodzi. Krąży tylko między domem, pracą i
biblioteką, gdzie jest internet. W domu zaś krąży między swoim
pokojem i salonem, gdzie gapi się w pudło. Popołudniu doszło do
rozmowy z mediatorem, czyli z naszą tutorką. Padły słowa o tym,
że wiedzą, że nie żyje nam się dobrze wspólnie, ale że możemy
chociaż próbować lub udawać w pracy. Tutorka wyciągnęła sprawę
kolacji (która w innym wypadku by nie wypłynęła). Sublokatorka
stwierdziła, że nie robi niczego czego ja nie robiłbym wcześniej,
że zawsze dowiaduje się o wizytach, na godzinę lub dwie przed
faktem (co w większości wypadków jest prawdą, ale powiedzcie mi
czy da się inaczej? Ludzie nigdy nie wiedzą, kiedy przyjdą, zawsze
przychodzą w większej ilości niż zapowiedziana). Ona zaś
potrzebuje czasu żeby się nastawić, akurat jest smutna wyjazdem
swojego narzeczonego. No i kurwa co? Na szczęście personifikacja
prawdy w postaci mojej tutorki zarzuciła sublokatorce egoizm:
-Zapraszasz
przyjaciela na miesiąc, narzeczonego na dwa tygodnie, siostrę na
kilka dni, a on nie może zaprosić znajomych na kolację? Jak często
ich zapraszasz?(to do mnie)
Zapraszam dwa
razy w miesiącu, jak widać to zbyt dużo, bo jeśli zapraszam
wspólnych znajomych to musi być to zapowiedziane, nie wiem jak bo
nie posiadam wiedzy o godzinie odwiedzin, czy ilości osób. Padają
też jej słowa -Wcześniej ustaliliśmy, że będą nas odwiedzać
nasi znajomi, nie moja wina ŻE DO NIEGO NIKT NIE PRZYJEŻDŻA.
Nie, nie
przyjeżdża, ale nie mam problemu z tym że zaprasza swoich
znajomych, ale niech mi łachudra nie wypomina organizowania kolacji.
Mogę zapraszać każdego, ale nie tych których ona zna, bo wtedy
czuje się zobligowana do siedzenia z nimi. Moja wina, że jest
aspołeczna?
Padły słowa o
tym, że jestem najgorszą częścią jej wolontariatu i że żyje
się ze mną/nam fatalnie (i z wzajemnością cipsonie) -co rzekłem,
bez epitetu jednak.
I co jeszcze
mogę napisać? Nic właściwie, kwintesencja zawartą została, a
teraz buzuję się na wieczorną rozmowę, która nastąpi za trzy
kwadranse. Skoro powiedziało się A, to trzeba też powiedzieć B,
ale też X,Y i Z. Oznacza to przestudiowanie całej zawartości
bloga, żeby nie zapomnieć o ani jednej rzeczy do wypomnienia, czyli
wspólne kolacje proponowane przeze mnie, techniczna organizacja
całego naszego życia, organizacja hostelów, poruszanie się z mapą
po Saragossie, nieumyte łyżeczki i kubki, niepościelone łóżko
po wspólnej znajomej, które oczekiwało na mój powrót z Andaluzji
2 dni, może też upomnę się o zwrot kosztów za spinacze do prania
(0.75centów), drewnianą łopatkę do jedzenia (2 euro) i inne
pierdolety, tak, będę małostkowy, tak będę dziadem.
Sam jej
argument, największym jej problemem jest to, że nie zawiadamiam z
odpowiednim wyprzedzeniem o wizytach, nie chodzi o to, że wspólne
życie nie wychodzi, że nie prowadzimy wspólnego gospodarstwa, nie
gotujemy, nie jemy razem. Nie, z jej strony nie o to chodzi. Z mojej
i owszem, nigdy mi nie zaproponowała, że coś kupi skoro idzie do
sklepu, ja tak, nigdy nie otworzy skrzynki na listy, bo ja to zrobię,
nigdy nie skontaktuje się z właścicielką mieszkania bo ja to
zrobię, nigdy nie podejmie hydraulika o 8 rano, bo ja to zrobię.
Koniec Nigeryjko, Frido wracaj do (to już kod zrozumiały dla jednej
osoby). Pieprz się łachudro, od jutra wszystko w twoich leniwych
łapach, dziel kurwa i rządź leniwa krowo. Pierdolona czereśnia.
21.10-pierwsza
próba, nieudana -jest w kiblu
21.25 -druga
próba, nieudana -wciąż w kiblu. Albo sra, albo podcina żyły,
mycie się jest wykluczone z powodu braku dźwięku włączonej
wody. Chce mi się siku.
21.29
-wyszła, idę siku, a potem porozmawiać. Papieros na PO już
przygotowany. 21.30 -Zapomniałem
o ostatniej możliwości -demontaż sztucznych włosów, w ramach
przygotowań do przyodziania nowej peruki. Rozmowa przesunięta na
najbliższą przyszłość. Pet.
Dramat!
Skończyły mi się bibułki do szlugów. Matka potrzebą wynalazku,
a historia vitae magistra. Przypomniałem sobie Bachtina, któremu
w czasie II Wojny Światowej skończyła się bibuła do papierosów,
a który bez szlugów przetrwać nie mógł i postanowił spalić
swoją opasłą książkę o Dostojewskim -użył stron w charakterze
bibułki. Zrobiłem to samo, tyle że z opakowaniem od pocztówek.
Tak też skonstruowałem najładniejszego papierosa w moim życiu.
Wróćmy jednak do rzeczy. Do 23 czekałem na rozmowę, włączyłem
sobie telewizor (pierwszy raz od grudnia oglądałem tv wieczorem).
Trafiłem na program w stylu Szymona Majewskiego, tyle że
zabawniejszy. Z rudym gościem i piękną modelką w charakterze
zaproszonej. Udzielił mi się wesoły nastrój rozmówców i jakoś
tak napięcie we mnie się zmniejszyło. Po 23 rozmowa rozpoczętą
została. Była to rozmowa wyważona, szczera i konstruktywna. Nie
wytknąłem w końcu tych spinaczy i drewnianej łopatki, zabrakło
na nie miejsca w naszym dialogu. Wymieniliśmy krytyczne uwagi na
swój temat, na temat niezmywania przez nią łyżeczek i skrzynki na
listy. Ona ze swojej strony wytknęła mi okruszki po chlebie
zostawiane w zlewie oraz paprochy podłogowe skrzętnie zamiatane za
drzwi od kuchni lub w pobliże śmietnika. Z rzeczy bardziej ważnych
wytknęła mi nieinformowanie jej o planowanych wizytach z
odpowiednim wyprzedzeniem. Wytknęła zaskoczenie jej o 14.30 w
sobotę w piżamie i z brudnymi talerzami w salonie „ Bo jak ty byś
się czuł w takim momencie?”. Nie potrafię się wczuć w
sytuację, trudno mi wyobrazić sobie siebie o tej godzinie w
powijakach na salonach. Jeśli tak gniję, to tylko u siebie w
pokoju. No i o ten pokój też się rozeszło, że się zamykam w
swojej pustelni i współkompaniera (już nie łajdaczka i łachudra)
nie chce mi przeszkadzać. Główną przyczyną narastającego
konfliktu jest duma i uprzedzenie. Żadne z nas nie podejdzie
pierwsze, nie rozpocznie tematu, nie zaproponuje nic drugiemu, nie
wytknie mu wkurwiczynków dnia codziennego. No i co? W sumie to
czuje, że rozmowa oczyściła atmosferę. Zatem na pytanie Czy warto
rozmawiać? (w tym miejscu składanie rąk na Pospieszalskiego).
Odpowiadam: Tak, warto! Okruchy odtąd spłukiwać będę wodą, a
paprochy zamiatać prosto do śmietnika. Postanowiłem też więcej
proponować sublokatorce mimo iż nadal twierdzę, że towarzystwo z
niej żadne i że nie mamy o czym z sobą rozmawiać. W sumie
sytuacja się wyklarowała, chociaż postawiła nas w nowej sytuacji,
która przedstawia się następująco: osoby, które nie są siebie
ciekawe i nie przepadają za sobą próbują utworzyć jakąś
relację. Zastrzegliśmy jednak, że nic na siłę. Co pozostaje
wentylem bezpieczeństwa.
Na sam już
koniec dodam, że w grę weszła też Zazdrość i medycyna.
Zazdrość: sublokatorka w ramach projektu personalnego robi rysunki
do pracy. Ja z czystej przyjemności, w ramach hobby też zacząłem
je robić, nie żeby konkurować, nie żeby pokazać kto ma lepszą
kreskę (nulla dies sine linea), większą wyobraźnie (ja), a kto
tylko przerysowuje znane postacie z kreskówek (ona). Sublokatorka
poczuła się w tym miejscu urażona, wszakże ukradziono jej
projekt. Nie to było moją intencją, w końcu rysunki nie są
częścią mojego projektu personalnego. A, że są lepsze...No
cóż...Bozia nierówno obdarza talentami. Tym narcystycznym akcentem
kończę tę nieprzyzwoicie długą notkę i udaję się na
spoczynek. Życzyć mi proszę lepszego jutra.
*Na kolację
celowo mnie nie zapraszała, żeby powiedzieć mi o niej 2,3 h
wcześniej, żebym poczuł się zaskoczony i zaskoczył, że ją to
denerwuje, ergo zmienił swoje postępowanie. Te 3 h wcześniej by
mnie w żadnym wypadku nie rozsierdziły, jestem przyzwyczajony do
improwizacji. Jak wiadomo bardziej zdenerwowało mnie to: Ja
zapraszam. Gdzie z jej strony JA było chwytem czysto gramatycznym:
„Bo skoro ja zapraszam, stoję sama, to używam 1 os.l.poj.) A
pomyśleć, że w październiku nawet wyszliśmy razem pobiegać!
Szczerze to ona i tak zawsze ma minę srającego kota, co mnie
denerwuje, ale tego już jej nie powiedziałem. -brak w frazeologii,
zresztą nie chciałem insultować po tym przeczyszczeniu.