Moje wielkie cygańskie wesele.

Tusz spłynął z rzęs, pierwsza
herbata została wypita, a zegar wybił 14, czas opisać moje wielkie
cygańskie wesele. Pan młody był ze mnie jak się patrzy. Mój
królewski splendor był na tyle wielki, że czarował wielu ludzi,
płci obojga, co niestety zaowocowało podczas swatów i ostatecznie
podczas łączenia mnie węzłem małżeńskim. O jakieś 14 na Plaza
de Navarreria poznałem swoją prometidę, czyli obiecaną mi
narzeczoną. Piękna białogłowa, lat 17, co uniemożliwiało
ewentualną konsumpcję małżeństwa. Na obiedzie dla stu osób
wymieniliśmy podarki, ona dostała kwiat z balonów, ja zaś od niej
otrzymałem obrączkę schowaną w piętce od chleba. Potem
odśpiewano Que bonito esta el noviooo, el noviooo que bonito estaaa,
esta. Czy jakoś tak. To samo odśpiewano mojej narzeczonej. W ciągu
całego dnia najwięcej było paradowania po ulicy, z naszym wózkiem
i kozą, symbolem mojej dzielnicy. Przygrywała nam cygańska muzyka,
orszak rozpoczynał jakiś 30 latek w podskokach, wespół ze swoim
psem, który również skakał, a raczej ciągnięty był do góry
przez swego właściciela-potwora. W końcu o 19 na Plaza de San
Francisco doszło do ślubu. Ślub poprzedziła gorąca debata na
temat zawartości semantycznej wyrazów pederasta i pedofil (to w
czasie rozmów prywatnych). Dla Hiszpanów to to samo. Próbowałem
wespół z Francuzką wytłumaczyć nie taką znowu subtelną, a
wręcz dość wyraźną różnicę między dwoma pojęciami.
Bezskutecznie. No i rzeczony już ślub. Na placu mieliśmy czterech
narzeczonych i trzy narzeczone, pani wenerolog dokonała połączenia
par. Połączenie to było dosyć arbitralne i swobodne. A jeśli
takim było, to ktoś musiał na tym ucierpieć i tym kimś byłem
ja, no i mój... mąż. Tak,tak. Jedna para była po bożemu, chłop
i baba. Trzecia para to mały harem, chłop i dwie kobiety. Druga
para to małżeństwo gejowskie. Tak też połączono mnie węzłem
małżeńskim z chłopakiem z Czantrei. Możliwości ucieczki nie
było, utrudniały to tłumy ludzi dookoła, matki, dzieci i ojcowie.
Tak też połączono nas tym węzłem małżeńskim, potem nastąpił
pocałunek, na szczęście moja peleryna poza tym, że była ładna,
była też praktyczna, umożliwiła mi, albo lepiej powiedzieć,
umożliwiła nam, skrycie „sekretu naszej miłości” pod
peleryną. Czyli mówiąc prościej, pozwoliły na uniknięcie
pocałunku,przy jednoczesnym zadowoleniu zgromadzonej gawiedzi.

A potem było już tylko wesele, czyli
impreza.

Jedna uwaga, Hiszpanie, w każdym
razie ci z mojej pracy, nie mówią: „Zmieniamy miejsce, idziemy do
innego”. Oni nie informują, oni po prostu zmieniają miejsce i
szukaj. Kiedy zwraca się uwagę na ten ich niecny proceder,
odwracają kota ogonem i w końcu to ja się czuje winny, że nie
wiedziałem, gdzie idą.


A no i kiedy
pytają jak ci się podoba święto/impreza nie
powinno się odpowiadać, spokojnie, bez emocji (tak jak ja):
dobrze, dobrze, podoba mi się. To ich nie satysfakcjonuje. Trzeba
trochę krzyknąć, wpaść w dziki entuzjazm i wzmocnić to „dobrze,
dobrze” do „świetnieeee, genialnie! Jestem bardzo szczęśliwy”.
Kiedy usłyszą taką odpowiedź, jest już dobrze, odpowiadają
uśmiechem, niektórzy też trzęsieniem głowy na Jandę, kiedy mówi
o swoim teatrze, z ich strony pada zwrotne: Genial! Muyy bien! I już
jest w porząsiu. Nie ma co się porywać na szczerość, bo to tutaj
nie przechodzi.

zareczyny, a ponizej slub