Ibsen, Hamsun, Grieg, Norweżka.


Wracam zatem do historii z Norweżką.


Seminarium miało miejsce w mieścinie
Mollina, jakieś półtorej godziny od Malagi. 80 osób z 26 krajów,
wśród nich i ja.


Ośrodek prezentował się jak to
ośrodek pracowniczy, tyle że na dobrym poziomie. Mieliśmy avenidy
i ulicę (okażą się one dość istotne z punktu widzenia historii,
która później się rozegrała). Ostatni wieczór przepędziłem
tak jak i inne, na integrowaniu się w pokoju Niemki, a potem w
lokalnej tancbudzie. Każdy sobie trochę chlapnął, przytupnąłem
nawet nogą (a kto mnie zna, niech doceni). Nagle ni z gruszki ni z
pietruszki, można by powiedzieć, że z tak modnej ostatnio mgły,
wyłoniła się Norweżka. Moje oko nigdy jej nie wyłapało z tłumu
ludzi. Nagle znaleźliśmy się blisko siebie, nasze wstawione ciała
obijały się o siebie, kiedy tak szliśmy w ogonie innych
wolontariuszy do domu. Rozmawialiśmy o Ibsenie, Hamsunie, o lipcowej
tragedii w Norwegii. Tak rozmawialiśmy i nawet nie zdaliśmy sobie
sprawy, kiedy doszliśmy do ośrodka. Ostatecznie znaleźliśmy się
na końcu naszej avenidy, dalej nie było już nic, tylko drut
kolczasty i pole. No i tak udaliśmy żeśmy się zgubili, że drogi
odnaleźć nie możemy. Niby próbowaliśmy szukać, ale jakoś tak
niechętnie, nawet pod moim barakiem żeśmy byli. W końcu jednak
poszliśmy do pomieszczenia socjalnego, socjalizować się ze sobą
nawzajem. Rozmawialiśmy. Okazało się, że mój przepastny plecak
(chwała mu za jego egzystencje i bezkresne trzewia) skrywał butelkę
po wodzie, a w niej wino. Ach ten mój umysł przezorny i roztropny!
Rozmowa jakoś zeszła na to, że Norweżka gra na pianinie.
Niebiosa. Tutaj się zauroczyłem moją pianistką. Pobiegłem na
złamanie karku do swojego pokoju po mp3, by wspólnie słuchać
muzyki klasycznej. Mp3 nie znalazłem, wysypałem wszystko z plecaka
alpinisty, potem biegłem jak szalony z powrotem, pewnie najpierw
biegła moja głowa, potem reszta ciała. Byłem przestraszony, że
moja łania zbiegła. Nic podobnego, leżała sobie rozpieprzona na
sofie, dołączyłem do niej i zaczęło się słuchanie (mp3
znalazłem w kurtce, która była w socjalu). Poranek z Suity Peer
Gynt. -Edward Grieg! Norweg. -rzuciła. Rozentuzjazmowałem się ta
koincydencją. Potem było już tylko piękniej, wygrywała mi
palcami w powietrzu kolejne utwory, dodając: to łatwe, to trudne.
Potem był Haendel Lascia ch'io pianga; Marzenia miłosne - nr 3
As-dur – Liszta; Chopin. Spoczęcie jej głowy na moim ramieniu, a
potem to co nastąpić niechybnie musiało: dzika całowanina, rzecz
jasna ze słuchawkami w uszach, dla niej jedna, dla mnie druga.
Następnie wykazałem się zmysłem praktycznym i umiejętnościami
technicznymi. Złączyłem drugą kanapę (kształt kanapy Klippan z
Ikei) i tak uzyskaliśmy urocze kwadratowe łóżko na nasze
całowaniony i słuchanie muzyki. Co jakiś czas padało tylko:
Kocham to! W końcu trzeba była porzucić zaabsorbowanie muzykę, na
rzecz zaabsorbowania całowaniem. Zmieniłem folder na zupełnie mi
nieznany i tak sobie końcówkowaliśmy z całowania, by potem zasnąć
i obudzić się o 8.10 w pokoju socjalnym, kiedy to za 20 min, nastać
miała ostatnia wieczerza, tj. śniadanie. Potem zaś odbyły się
ostatnie zajęcia. Na wstępie poproszono nas o oddanie plastykowych
identyfikatorów. Jakie było moje zdziwienie, gdy zamiast siebie
wyjąłem z plecaka Anne G....berg, z Norwegi. Zatem zwie się Anna,
kartkę schowałem do kieszeni -na pamiątkę, plastykowy zaś
identyfikator podałem dalej -na recykling.