chinszpania

  • O mnie
  • RSS

Kategorie

    Linki

      Archiwum

      • 2012

      • maj
      • kwiecień
      • marzec
      • luty
      • styczeń
      • 2011

      • grudzień
      • listopad
      • październik
      • Ściana 14 marca 2012, 18:54

        Komentuj (0)


        Siedzę
        sobie kilka dni temu w pracy, wzrokiem obejmuję otaczającą mnie
        przestrzeń, przebiegam oczami po ramkach z plasteliny, papierowych
        wiatraczkach, kolorowankach ilustrujących żółwie i żyrafy,
        patrzę sobie na roześmiane twarzyczki dzieci widniejące na
        zdjęciach, zaraz z nich wzrok mój przechodzi na kolorowy plakat:
        Walczmy wspólnie o prawo do aborcji! Akcja w imieniu Margarity R.


        Komentuj (0)

      • Wypoczynek 11 marca 2012, 11:30

        Komentuj (0)


        Wprowadzenie:

        San Sebastian -piękne miasteczko nad
        Morzem Kantabryjskim -ja wolę mówić, że nad oceanem. Malownicza
        plaża, piękne kamienice, z wyglądu SS wydaje się małym Paryżem,
        mieszkańcy i turyści to zazwyczaj osoby bogate i to że są bogate
        się widzi. Nie brakuje starych, wymalowanych lampucer w futrach, z
        pudlami na smyczy i mężem w drugiej dłoni/garści! Słyszałem
        opinie, że SS jest jednym z miast, gdzie mieszkania są najdroższe.
        Może i tak jest, nie byłoby w tym nic dziwnego. Na ulicach nie
        widać bezdomnych, przynajmniej nie rzucają się w oczy, nie
        zauważyłem też awanturujących się pijaków.


        Tekst właściwy:

        Sobota. Zapłaciłem 7 euro i wsadziłem
        dupę do autokaru na czas jednej godziny i dystans 100km, a wszystko
        to po to, by rozpłaszczyć się samotnie na plaży i mieć święty
        spokój.Plaża. Wybrałem odpowiednie miejsce,
        z dala od skupisk ludzkich (na tyle daleko, na ile było to możliwe).
        Położyłem się, zwróciłem twarz do słońca, włączyłem na mp3
        radosne przeboje z końcówki lat 90, wziąłem głęboki oddech i
        rzekłem: „Achh, jak zajebiście”. Nie minęły trzy minuty ,
        kiedy nad moją twarzą pojawił się cień, a muzykę zakłócać
        zaczęło suchotnicze kaszlenie umierającego Chopina. Otworzyłem
        oczy i zobaczyłem niewiastę, dla której nadchodząca wiosna, była
        z pewnością pięćdziesiątą którąś w tym życiu. W oczy rzucił
        mi się turkusowy cień na jej powiekach. Zapytała, czy nie będzie
        mi przeszkadzało jeśli położy się obok. Oczywiście, że będzie
        mi przeszkadzało, mało jest miejsca dookoła, czemu obok mnie droga
        señoro? -pomyślałem.
        „Jasne, proszę bardzo.”
        -odpowiedziałem. Kiedy wyraziła chęć położenia się obok mnie,
        nie wiedziałem jeszcze, że oznacza to, iż położy się ręcznik w
        ręcznik. Głowa w głowę. Nagle fragment mojego ręcznika znalazł
        się pod jej ręcznikiem. Zaczęła coś mówić o zaufaniu jakie
        wzbudzam, o opiece nad rzeczami, drzemce i że dziękuje, dziękuje,
        dziękuje.
        Tak sobie leżeliśmy, czasem wiatr
        nawiewał na mnie odór wódki -dopiero co skonsumowanej przez moją
        towarzyszkę. Ona sobie spokojnie drzemała, a ja rozmyślałem: „Co
        się zaraz stanie?”. Pomysłów było wiele: wbije mi zainfekowaną
        igłę w ciało, okradnie, przyleci do mnie jej mąż alkoholik i
        mnie pobije, być może kręcą na plaży jakiś program satyryczny i
        postanowili zrobić sobie jaja z biednego obcokrajowca -ćwiczą moją
        cierpliwość. W końcu nabrałem zaufania do „dziewczyny” obok
        mnie i zacząłem się relaksować. Schody zaczęły się w momencie,
        kiedy musiałem zmienić położenie ręcznika (by lepiej wykorzystać
        słońce). Niestety jak już wspominałem moja towarzyszka leżała
        też na moim fragmencie ręcznika. W końcu śpiąca królewna się
        obudziła, ukazując mym oczom turkusowy cień spływający po jej
        spoconej twarzy. Trochę była DZIABNIĘTA, to fakt. Stwierdziła, że
        musi się obudzić i że pójdzie po kawę, zaproponowała mi, czy
        nie chcę czegoś do picia, albo do jedzenia. Poczęstowała też
        Winstonem -tzn. wyraziła chęć. Podziękowałem serdecznie mówiąc,
        że wszystko to mam w swoim plecaku i nie ma potrzeby. Dziewczyna
        poszła do kawiarni, ja zostałem z jej rzeczami. Potem wróciła,
        znowu proponowała, znowu podziękowałem. W końcu doszło do
        oficjalnej wymiany grzeczności i imion. Na imię miała Yolanda,
        czyli nasza polska Jolka. Yolanda powiedziała mi, że żyje na
        ulicy, nigdy bym nie powiedział, bo przecież i makijaż i perfuma,
        pierścionki, ubranie nawet, nawet, własny ręcznik, kawiarnia,
        Winstony. No, ale cóż.
        Wróciliśmy sobie do drzemania (ona) i
        słuchania muzyki (ja). W końcu nadszedł czas by sobie iść. Z
        niebieskiego włoskowatego drutu, który nosiłem nie wiem po co i na
        co od tygodni w plecaku zrobiłem dla Yolandy kwiat, podarowałem go
        na odchodnym, pożyczyłem szczęścia i poszedłem.
        Potem jeszcze wróciłem na plażę,
        leżałem już sam w innym miejscu, sam -nikt nie leżał ręcznik
        przy moim ręczniku, ale dookoła było sporo ludzi. Muszę
        powiedzieć, że nie było to to samo co Yolandą. Doceniłem te trzy
        godziny z Jolką, ja jej dawałem confiansę, a i ona w jakiś sposób
        też mi tę confiansę dawała.

        Komentuj (0)

      • śmierć słowianina 07 marca 2012, 12:45

        Komentuj (0)

        Szokująca historia.  ostatnio pojawiła się tu pewna dziewczyna, żeby sobie pospędzać czas z końmi, pogłaskać, poczesać, tak dla odprężenia. kiedy się w końcu odjęłam od swoich niezmiernie pochłaniających zajęć, postanowiłam wspiąć się na szczyty kultury osobistej, bo widać, że dziewczę zagubione i każdy ją olewa, więc podeszłam i się przedstawiłam. w odpowiedzi, spod polarowej czapki zasadzonej na łbie niczym doniczka, spłynęło do mnie podejrzanie w tych okolicach brzmiące imię "Baja".
        Baja jak się zaraz okazało jest z Czech! Więc krzyknęłam w duchu nieodzowne w takiej sytuacji "do czech to ja mam za darmo!", uśmiechnęłam się i powiadam "ooo, I'm Polish!", stąd od razu przeszłyśmy na nasze cudownie szeleszczące słowiańskie języki, no bo wiadomo, hejże knedliczki, zahlastana fifulka, se musim pogadać!

        Drodzy Państwo, spuszczam oczy i niczym Jaruzelski z ciężkim sercem informuję: po 3 zdaniach po polsku, poczułam drażniący dyskomfort mówienia do człowieka w ojczystym języku.

        Machnełam ruką:
        "ok, let's speak english (w tonacji: let's get some shoes)"

        Komentuj (0)

      • Szkoła, odsłona czwarta 06 marca 2012, 15:14

        Komentuj (0)



        Ćwiczenie
        na poznanie słownictwa. Należało odpowiedzieć na proste pytanie:
        wolisz oglądać filmy na DVD, czy w kinie? Odpowiedzieć miała
        jedna z Bułgarka -nazwijmy ją Lena. Zaraz wyszedł temat tego, że
        „A owszem lubię filmy oglądać w domu, często sobie jakiś
        ściągnę”.


        -To
        ściągasz filmy? -zapytała Teresa.

        -A
        ściągam, a co , nie wolno?! Ściągam, wszyscy to robią! I ja
        też!” -Lenie włączył się agresor i zaczęła być waleczna.
        Zaraz odezwała się Januszka, że ona nie ściąga, Bobbi jej
        przytaknęła. Lena wyciągnęła swój długi, oskarżycielski
        palec i rzuciła:


        -Ale
        czarny na pewno ściąga! -wskazała na cichego i Bogu ducha winnego
        Alexa.

        -Nie
        ściągam! -próbował się bronić Alex.

        -Jasne,
        jasne! Na pewno ściąga!

        -Ale
        skąd wiesz, że ściąga, jaki masz argument? -wtrąciła się
        Teresa
        -
        Wygląda
        na takiego co ściągą...

        -I
        ja? Może nie wyglądam, a jednak ściągam filmy? -zapytała Teresa

        -Nie!
        Ty nie ściągasz! Ja to wiem!

        -Skąd
        to wiesz?

        -Ty
        masz co innego do roboty, musisz gotować, sprzątać...

        -Niezupełnie...to
        prawda, mam dużo rzeczy do roboty, nie ściągam, bo nie mam czasu.
        Ale przecież ty też musisz gotować, sprzątać, masz dziecko...

        -Ja
        tam mam dużo wolnego czasu. Do 16.40 dziecko jest w szkole, więc
        matka ma wolne. Moja córka dużo nie je, więc nie muszę gotować,
        więc mam czas. Ty nie masz, więc nie ściągasz.

        Wydawałoby
        się, że temat już się wyczerpał i że Lena oskarżyła już
        wszystkich o ściąganie filmów, chyba jednak wciąż czuła się
        napiętnowana, bo 30 minut później wciąż jeszcze wypominała. Np.
        kiedy Bosman mówi o ulubionym filmie na DVD.


        -ZAWSZE
        oglądasz na DVD? A może czasami...


        I do
        mnie i Francuzki Lena się przyczepiła, wskazując swoim paluchem i
        mówiąc „ Skoro lubią oglądać filmy w domu, to znaczy, że
        ściągają. NIE TYLKO JA ŚCIĄGAM!!!”.


        W
        końcu zeszliśmy na temat emerytury Teresy i chronicznego braku
        czasu, braku czasu na obejrzenie filmu w domu. Każdemu wydawało
        się, że Teresa jest zasypana pracami domowymi uczniów, testami i
        innym shitem. Tymczasem okazało się, że Teresa najzwyczajniej w
        świecie ma inne zainteresowania. Istnieją rzeczy, które dają jej
        dużo większą radość, są to kolejno: książki, picie ze
        znajomymi i jazda na rowerze. Teresa lat 53: „Po prostu kocham
        czytać książki, mogę to robić godzinami” -rzekła Terenia. Na
        te słowa z miną Kolumba, który zdał sobie sprawę, że odkrył
        Amerykę, odezwała się Lena: „No tak...i wszystko jasne...po
        prostu źle inwestujesz czas! W książki, a nie w to co
        potrzebne...” -powiedziała do filologa...


        -Kiedy
        ja kocham czytać...-próbowała się bronić Teresa. Bezskutecznie.
        Wzrok pożeracza filmów zmiażdżył Teresę-pasjonatkę książek.
        Takie czasy kochani państwo...


        Kolejne
        pytanie dotyczyło teatru. Domyślacie się, że alumni nie mieli już
        wiele do powiedzenia. Przewijało się tylko: No drogi jest!; No tak
        drogi, to się nie chodzi. ;Ja tam lubię teatr, ale kryzys jest, to
        i w teatrze kryzys, i u mnie kryzys; No może być, że drogi. NIE
        WIEM!; No w sumie to się lubi, nie?


        Ktoś
        tam jeszcze wspomniał o wizycie w teatrze „kiedyś z eksmężem,
        jak jeszcześmy podróżowali razem po Hiszpanii, ale w sumie nie
        wiem o czym to było, dużo samochodów było na scenie, no ale nie
        pamiętam w sumie, ale tak podobało mi się, fajne było, ciekawe”.


        W
        końcu grupę uratować próbowała moja współkompaniera,
        niewątpliwie próbowała też zabłysnąć (jak szprota w oleju),
        powołała się na Makbeta Szekspira -którego nomen omen
        zaproponowałem jej w minioną środę. Coś tam wydukała. Nie
        omieszkała dodać: „kiedy studiowałam teatr w mojej szkole”.
        Sraka nie studiowanie, kółko teatralne, a ona: teatr. (Nie znoszę
        jej). Zaraz z sali podniosły się okrzyki Bobbi Hazardzistki:
        „Nu.....Aktrisa! Aktrisa! I wszystko jasne!”


        Na
        szczęście nie starczyło nam już czasu na operę, jedno z pytań w
        książce brzmiało następująco, czy wydaje ci się, że opera jest
        dobra jedynie dla starych ludzi? Wolę nie znać odpowiedzi.


        Komentuj (0)

      • Szkoła, odsłona trzecia 06 marca 2012, 15:10

        Komentuj (0)


        Już
        niedługo trzeba będzie zapakować do plecaka masę słodyczy i
        niezdrowego gazowanego picia. Powód? Wybieramy się z klasą na
        wycieczkę do kina! Nie będzie lekcji, a film.



        Bobbi
        chyba może zostać przeze mnie ochrzczona Bobbi Hazardzistką. Już
        nie raz przy ćwiczeniach z koniuktiwu mówiła, że chciałaby
        wygrać na loterii. Loteria ciągle przewala się w jej
        wypowiedziach. Dziś poznawaliśmy różne nazwy dla biletów
        autobusowych, pociągowych, biletów do kina, teatru, numerka w
        mięsnym i na poczcie. Pośród wszystkich nazw Bobbi Hazardzistka
        nie znalazła nazwy dla kuponu loteryjnego. Wyjęła zatem jeden z
        torebki, pokazała i zapytała o nazwę, ukontentowana odpowiedzią,
        zapisała w zeszycie.



        Pamiętacie
        pewnie przynoszenie cukierków do szkoły w dniu urodzin, dziś też
        mieliśmy święto, jakieś święto Bułgarów. Z tej okazji Kami,
        Januszka, Denis i reszta bułgarskiej „mafii” (jak się sami
        nazywają) przynieśli bransoletki z muliny. Kolor mi odpowiada
        bardzo patriotyczny: biało-czerwony. Dołączyła ona zatem do
        drugiej bardzo podobnej bransoletki z muliny -prezent od Słowaczki.


        Komentuj (0)

      • Znakomstwa, nowy turnus 01 marca 2012, 11:53

        Komentuj (0)


        Kilkanaście
        nowych imion, nic nieznaczące uśmiechy, tyle samo warte całusy i
        uściski dłoni, wymiana doświadczeń w życiu zagranicą,
        wymienienie zalet i wad Hiszpanów, wszystkie te punkty oznaczają
        jedno: nowy turnus erasmusów już przybył. Wśród nich jedna
        Polka. Wszystko fajnie, gdyby tylko nie przedstawiała mnie swoich
        kolejnym znajomym (i obcym ludziom) formułą: „To mój kolega z
        Polski!”. Czy nie łatwiej jest ograniczyć się tylko do imienia?
        Tym bardziej było to kłopotliwe w miejscu takim jak bar, gdzie w
        podobny sposób dziewoja zagaja do barmana „Jestem z Polski, a to
        mój kolega z Polski!”. I się zaczyna...Ona atrakcyjna blondynka z
        długimi włosami, krótka spódniczka, skóra. Oni: faceci. Młyn na
        wodę! Chcą zagadać, utrzymać z nią rozmowę, pogłębić
        znajomość, wszystko byłoby świetnie, gdym to nie ja musiał być
        tłumaczem. Oni nie mówią po angielsku (tzn. wciskają po jednym
        słowie po angielsku), ona słabo mówi po hiszpańsku. Więc zostaję
        ja, zostaję ja do tłumaczenia, a potem generalnie zostaję sam na
        polu bitwy. Bo jestem jedynym rozmówcą, jedyną osobą, która nie
        powie pijanemu: „okej, zamknij się już, nie chce mi się ciebie
        słuchać”. Tak też wczoraj przesurfowałem od tematu
        różnorodności Hiszpanii, przez różnorodność i piękno Maroka,
        tłumaczenie czym różni się antropologia od psychologii, a czym w
        ogóle jest ta socjologia i politologia (bo tyle tych logii się
        porobiło), przepłynęliśmy też (dość powierzchownie) przez
        temat polskiego piłkarza w tutejszej drużynie piłkarskiej, było
        trochę o strefach zielonych w tym mieście (za które zostałem
        wyśmiany: zonas verdes! Cabron! Jajajaja! (czyt. hahaha), zonas
        verdes!). Posłuchałem o tym ile to kto nie ma mieszkań i gdzie,
        dowiedziałem się o narzeczonej pracującej we Francji, babce
        Francuzce, wolności, równości i braterstwie, tolerancji w Maroku,
        o tym czym kim są lesbijki „ Że znaczy się rozumiesz, kobieta z
        kobietą. Ale jest też, że facet z facetem, a jest i tak że dwoje.
        I u nas w Maroku to wszystko jest normalne. Bo
        Liberté-Égalité-Fraternité,
        rozumiesz?” Nie zabrakło
        również kompromitacji Hiszpanów: Bratysława i Warszawa, to jedno
        i to samo. Jugosławia wciąż istnieje. W Polsce mówi się po
        niemiecku. I wiele więcej. Ludzie ile się nasłuchałem i wcale nie miałem ochoty
        słuchać! Oj ludzie, ludzie duszy nie gubcie, cyganki
        teżżżżżżżż......


        Komentuj (0)

      • Szkoła, odsłona druga 29 lutego 2012, 20:06

        Komentuj (0)


        Mój
        kurs hiszpańskiego trwa, przybyli nowi uczestnicy Bobbi i Januszka
        (Bułgarki), tzn. nie tacy znowu nowi. Chodzi raczej o stałych
        uczestników, tyle że wagarowiczów. Ale nie będę przecież ich
        rozliczać z nieobecności, wiadomo są sprawy ważniejsze -dzieci,
        operacja biodra, imprezka. Bo i przekrój wiekowy jest różniasty.


        Afrykańczyk
        Bosman beka jak bekał, tyle że teraz bliżej mnie -ostatnio usiadł
        obok. Generalnie zajęcia przebiegają poprawnie chociaż nie brak
        też zgrzytów, czy nieporozumień. Ostatnio Tereska -prowadząca
        zajęcia naraziła się Bułgarce Bobbi tłumacząc czym jest
        tequilla. „Tequilla to meksykański wysokoprocentowy napój
        alkoholowy, wytwarzany z[...] podejrzewam, że ma tyle samo procent
        co wódka, a może nawet i więcej”. Bobbi słysząc te słowa
        pokręciła głową, źrenice przybrały wygląd dwuełrówki i
        rzekła, rzekła z całkowitym przekonaniem, tonem nieznoszącym
        sprzeciwu: „Nie sądzę, oj nie sądzę”. Bobbi to stara wyga, z
        60 wiosen zapewne stuknęło, z pewnością miała czas przekonać
        się o mocy powyższych trunków i wie co prawi. Mniej kontrowersji
        wzbudziło nazwanie grupy Bułgarów (około 6 osób, zasiadających
        w jednej wielkiej ławce), mafią bułgarską. Teresa -tzw. TeRe,
        szybko się zreflektowała i przeprosiła „ Bo w końcu nie każdy
        Bułgar to mafioza”. „Ależ nie, nie ma za co przepraszać,
        rzeczywiście sporo z nas to mafiozi, my akurat nie, ale tak to
        prawda. W sumie to możemy być mafią.” Tak też nastąpiło „de
        acuerdo” i był spokój. Mniej pacjencji wykazała Chinka Chao-Mang
        (imię wymyślone ma potrzeby robocze). Chao trochę się oburzyła,
        kiedy Te-Re powiedziała, że jedynie większym eksploatatorem świata
        i innych krajów, od Europy, są właśnie Chiny „Eksploatują
        cały świat, są wszędzie, otwierają swoje firmy w każdym zakątku
        świata”. Brakowało tylko, żeby Terenia dodała: „...i zalewają
        nas tą tanią tandetą z Chin”. Chao pobladła, oko wykazało
        wkurwę-wixę, zabiła Teresę wzrokiem. Komentarz nie nastąpił.


        Teraz
        może mniej wesoły aspekt moich zajęć. Zastanawia mnie jak to
        możliwe, że grupa dorosłych ludzi może zachowywać się gorzej od
        grupy 10latków, bo akurat takiego porównania mogę dokonać -dwa
        dni w tygodniu sam prowadzę zajęcia. Nikt mi nie wychodzi w czasie
        lekcji, nikt nie przeszkadza, tzn. teraz już nie. Może zatem mam
        lepsze metody dydaktyczne niż Teresa?


        Ogólna
        refleksja, pamiętacie pewnie licealne lekcje, każdy chyba miał
        dziewczynę, która wyrywana do odpowiedzi zasłaniała się swoimi
        długimi włosami i udawała, że nie istnieje. Mimo, że wydawało
        jej się, że nie istnieje dla nauczyciela, to nauczyciel i cała
        30osobowa klasa wciąż wlepiała w nią wzrok, oczekując
        odpowiedzi, bo wiedzieli, że dziewczyna istnieje i siedzi w tej
        przedostatniej ławce. Każdy chyba miał w klasie tępą dzidę,
        która zapytana o coś przez nauczyciela, nie odpowiada, nie powie
        nawet: nie wiem, patrzy milcząco i patrzy i milczy,a w tobie gotuje
        się krew na ten tumanizm. Każdy też pewnie pamięta ćwiczenia
        gramatyczne, w których chodzi tylko i wyłącznie o użycie
        struktury, a nie o powiedzenie prawdy, nikogo nie obchodzi na czym
        ostatnio byłaś w kinie, musisz użyć odpowiedniego czasu.
        Pamiętamy chyba, że zdarzała się taka osoba, która odpowiadała
        „Ale jak mam odpowiedzieć? Od roku nie byłam w kinie!”. Jakby o
        to chodziło...Więc przypomnieliśmy sobie szereg osób i sytuacji,
        czas na refleksje. Otóż kochani, osoby te w dorosłym życiu nagle
        nie stają się mądrzejsze, inteligentniejsze, bystrzejsze. Oni tacy
        zostają, pewnie do końca życia. Siedząc dziś w swej ławie
        mógłbym wskazać konkretne osoby i powiedzieć, że kobieta ze
        szramą na policzku, nazwijmy ją Maszka, jest odpowiednikiem mojej
        licealnej Agnieszki, że Chang-Lao to gimnazjalna Joasia. I to tak.


        Komentuj (0)

      • Wiosna 29 lutego 2012, 20:05

        Komentuj (0)


        Drogie Panie, drodzy Panowie, dnia 29
        lutego 2011 w Hiszpanii skończyła się zima (powiedział tonem
        Joanny Szczepkowskiej, która ogłasza: „Proszę Państwa ,4
        czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm” -przy tej
        okazji moja babcia zawsze powtarza: „Jaki komunizm? W Polsce
        mieliśmy socjalizm, nie komunizm!”). Nie wnikajmy jednak w
        szczegóły wystąpienia Szczepkowskiej i tego, czy pokazała wtedy
        dupę, czy zrobiła to dopiero 23 lata później. Z decyzją o
        zakończeniu zimy w Hiszpanii zwlekałem ponad tydzień, nie da się
        jednak ukryć, że ósmy z kolei dzień jest piękny, ciepły i
        słoneczny. Podczas, gdy na ulicach zapanowała wiosna (Moja mać
        zwykła mawiać: Poczuli ludzie trochę ciepła i wylegli na ulice z
        tych swoich pakamer jak prusaki”), podczas, gdy na ulicach
        zapanowała wiosna, na moim balkonie zapanowało już lato, krótki
        rękawek nie wystarcza, należy zdjąć skarpety, zrobić zaczeskę
        do tyłu i co 20 minut udawać się do mieszkania, w celu ocienienia
        ciała. Przed zdjęciem koszulki na balkonie powstrzymuje mnie tylko
        przedszkole znajdujące się naprzeciw mojego bloku. Na co jednak nie
        pozwalam sobie na balkonie, na to pozwalam sobie we własnym pokoju,
        kolokwialnie mówiąc, należy zdjąć łachy i pierdolnąć się na
        łóżko i tam się pocić. Tak właśnie robię. Stało się to co
        prorokował poeta w dwudziestoleciu międzywojennym: A wiosną - niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę. Ja zobaczyłem i wciąż widzę i
        nie jest to deliryczny sen, a rzeczywistość, namacalna, ciepła i
        potliwa. Niech żyje wiosna!


        Komentuj (0)

      • Spotkanie 25 lutego 2012, 09:38

        Komentuj (0)


        Spotkaliśmy
        się na granicy, między działem z mrożonkami, a półką z cukrem,
        ja szukałem cukru pudru, ona niosła tuńczyka w puszkach. Rozchodzi
        się o moją kasjerkę-piekarkę. Po miesiącu i 10 dniach znowu
        stanęliśmy twarzą w twarz. Pokajałem się przed nią, poprosiłem
        o wybaczenie, przyznając jednak, że wszystko co wtedy mówiłem było
        prawdą.





        Komentuj (0)

      • Źle się dzieje... 24 lutego 2012, 15:34

        Komentuj (0)

        Oj chyba źle się dzieje w tej naszej Polszy, pewna znajoma ostatnio uwagi mi robiła:

        "cieplej nie cieplej ale taki syf i bagno na ulicach ze sie rzygac chce, buty przemakają w sęk."

        inna znowu w internetowej sieci oświadcza:

        " WARSZAWA
        panta rei i wszędzie gówno"

        A i rodzicielka doda swoje trzy grosze:

        "Zazdroszcze Ci pogody,tutaj ponuro ,szaro ,zero sloneczka"

        No cóż, ślę zatem wyrazy współczucia ze swojego balkonu na drugim piętrze, gdzie kolejny dzień (już chyba czwarty) leżĘ na fotelu i się wygrzewam. Dziś nawet pozwoliłem sobie na wyjście do biblioteki w krótkim rękawku. Natomiast okulary przeciwsłoneczne nie są zbędnym gadżetem, a czymś bardzo użytecznym, zwłaszcza gdy jedzie się na swoim jednośladzie, wiatr we włosach, a słońce razi w oczy. Termometr osiedlowej apteki wskazuje temperaturę 19stopni. 

        Pozdrawiam i proszę mi nie zazdrościć, lepiej ode mnie ma wszakże koleżanka Irańska, która grzeje ciało na tajskich plażach.

        Komentuj (0)

      ← Poprzednie Następne →
      Copyrights © 2003 - 2011. ownlog.com | fotolog.pl
      • Szablon: maxbmx.ownlog.com
      • SEO: ageno.pl
      • Sponsor: CRM