chinszpania

  • O mnie
  • RSS

Kategorie

    Linki

      Archiwum

      • 2012

      • maj
      • kwiecień
      • marzec
      • luty
      • styczeń
      • 2011

      • grudzień
      • listopad
      • październik
      • panem et circenses 01 grudnia 2011, 05:27

        Komentuj (0)

        Często otrzymuję zapytania czego mi najbardziej w tym dzikim kraju podwodnej rzodkiewki brakuje.
        A! teraz zapytacie czymże na świętego Saturnina są podwodne rzodkiewki!? Już tłumaczę. Wokół mnie pól w brud a na polach tych bród (syf i malaria) oraz brody na planie kwadratu, które wyglądają jak bagniska. Wielkie czterokątne połacie bagien, z których wystają nad zgniło-zielonkawo-brunatną powierzchnię ogromne liście przypominające wodne lilije. Ale nie dajmy się zwariować - gdzież wodna lilija w takim ścieku. Pomyślałam więc w mojej wiecznie szukającej wyjąśnień głowie, że to nieużytki rolne, które zostały z jakiegoś powodu (którego jeszcze nie odnalazłam) zamienione w straszące skrytą anakondą moczary. Nie chcielibyśmy w nie wpaść, co to to nie ani słowa a siooo!
        Wyobraźcie sobie moje wielkie oczy gdy któregoś dnia zobaczyłam człowieka w gumowym kombinezonie na grobli. Okej, widok niepokojący sam w sobie.
        Co gorsza człowiek ów wyraźnie szykował się do zejścia (a na pewno wszyscy pamiętamy horror "Zejście" - słowo, które nie wróży nic dobrego) w śmierdzącą, gęstą ciecz. Porażona tym obrazem udałam się do mojego źródła wiedzy, czyli pracowniczej stołówki (fortunnie wspomniane wydarzenie zeszło się w czasie z obiadem) i pogryzając przepyszne warzywo, o bardzo estetycznym wyglądzie białego kwiatka, smaku i fakturze jakże znajomej i przyjaznej rzodkiewki, zapytałam kolegi cóż ten bagienny szaleniec wyprawiał.
        Czy domyślacie się już odpowiedzi?
        Tak! Schodził właśnie by zebrać plon tego, co tak niewinnie zdobiło mój talerz! Oto historia z kantem. A więc to właśnie jest podwodna rzodkiewka, postaram się załączyć fotografiję w najbliższym czasie.
        Wracając jednak do sedna.... a czego mi najbardziej brakuje.

        No więc jak w temacie :
        chleba i jutuba.

        Komentuj (0)

      • są dwa światy i nas jest dwoje 01 grudnia 2011, 05:34

        Komentuj (0)

        ja: a jadłeś kiedyś kota?
        Xiao Li: no tak, bardzo smaczny. lepszy od psa.
        ja: ....
        Xiao Li: ale rzadziej jemy koty. bardzo trudno je złapać.

        Komentuj (0)

      • Impresje: makaron z parówkami, żena, święta i szalona pralka. 01 grudnia 2011, 10:47

        Komentuj (0)

        Jak można od miesiąca jeść makaron z obrzydliwymi obślizgłymi parówkami i koncentratem pomidorowym? Nie wiem, ale mojej kompanierze wciąż się to udaje. Nie wiem jak się prezentuje stolec, ani co się dzieje w trzewiach, ale jestem pewien, że taka „zbilansowana dieta” wkrótce zaprocentuje.

        Wczoraj sobie rozmawiałem z koleżanką z Chin i opowiadałem o następującym problemie, nie mogłem znaleźć w moich dwóch słownikach pl-hiszp. tłumaczenia przymiotnika żenujący. Oboje wyraziliśmy swoje zaniepokojenie: Jak może nie być tego słowa w słowniku?! Umówmy się, dla większości z nas żena i wszystko co z nią związane, to podstawa egzystencji. Kiedy nie ma tego słowa w naszym leksykonie to tak jakby zabrakło słowa mama, tata, czy ojczyzna. Jak opowiedzieć o swoim wczorajszym dniu bez użycia słowa żena, jak nazwać kolejny zakończony fiaskiem związek, jak określić koleżankę ze studenckiej ławy? No jak to wszystko zrobić bez tego słowa?
        Upominamy was zatem przyszli językoznawcy, przyszli leksykografowie, przyszli tłumacze. Nie zapominajcie o tym słowie. Z tego też miejsca upominam Zuze P. By jej praca magisterska, a kiedyśmy o niej ostatni raz rozmawiali, to miał być to słownik, zatem niech w tym słowniku nie zabraknie słowa żenujący. Wiem, że słownik miał być medyczny, ale na pewno da się to jakoś obejść.

        Padruga z Chin skarży się na atakującą ją zewsząd świąteczną tandetę. Wszyscy pewnie już psioszycie na obecny stan rzeczy, a ja nie. Wyjątkowo poprę i pochwalę świąteczne szaleństwo. Generalnie bardziej lubię ten cały świąteczny splendor niż samą wigilię. Takie gnicie przy stole i jedzenie. Nieważne, nie wchodźmy do domu. Święta konsumenta. A i owszem lubię je. Kiedy nasza pol-inka uciekała przed świątecznymi ozdobami, ja wręcz przeciwnie. Z premedytą wybrałem się do tutejszego centrum handlowego (tak, tak tego drogiego –el corte ingles). Znowu poudawałem, że niby to interesują mnie swetry ze śnieżynkami z najnowszej kolekcji Pull&Bear za 130 euro, wąchałem również perfumy udając, że niby to się rozglądam za czymś dla brata, w końcu wjechałem na 6 piętro –wyposażenie domu –by tu zakosztować namiastki świąt. Niby to przypadkiem zabłądziłem w alejkę ze sztucznymi choinkami, mikołajami, reniferami, niby to niedbale dotknąłem kaszmirowego pledu za srylion jewro. Wszystko to taki niby rekonesans przed świątecznymi zakupami. W rzeczywistości chciałem zwyczajnie poczuć święta, ponucić pod wąsem dżingl bells. Tak sobie pochodziłem, kupiłem słuchawki do mp3 i wróciłem do domu, atmosfery świątecznej wciąż mam niedosyt.

        Pralko, kolejny raz: Jak ja ciebie nienawidzę! Za to twoje chrząkanie, zawsze mi to robisz, warczysz jakbyś miała zaraz się rozłożyć, boję się patrzyć w bęben, bo mam wrażenie, że zaraz eksploduje mi w twarz. Ciągle mam wrażenie, że to już twoje ostatnie podrygi, że stanę się sprawcą twojej śmierci, a zatem też osobą pociągniętą do odpowiedzialności, a zatem płatnikiem, płatnikiem odszkodowania. Już widzę ten srylion jewro jakie muszę oddawać za pralkę, a potem będę klepać bidę do powrotu do Polski. Pralko pierdol się! A w reklamach pokazują: pójdziesz na zakupy -zostawisz pralkę, ba nawet pralkę z dzieckiem zostawisz, pralka się dzieckiem zaopiekuje, inteligentna pralka, pralka nowej generacji, pralka na miarę XXI, nic właściwie nie musisz robić, pralka all zrobi za ciebie. A gówno, una mierda, nie do mnie z takimi łgarstwami.

        Komentuj (0)

      • Walencja 07 grudnia 2011, 01:18

        Komentuj (0)

        Robale świętokrzyskie, nie martwcie się...żyję! Pewnieście usychali z tęsknoty i rwali włos zgłowy: „ Co też się z nim dzieje?!”. Już odpowiadam: Żyje, nie poległem w żadnej pijatyce, nagle nie zrzucono na me barki milijona zajęć, wciąż prowadzę moje trochę próżniacze życie, tyle że w innych okolicznościach przyrody. Trafił mi się tydzień wolnego, więc postanowiłem wykurwić na wywczas. Na wywczas do Walencji. Tak też od dni kilku wygrzewam się w grudniowym słońcu i ciągle spoglądam moim kaprawym okiem na uliczny termometr (22stopnie!) (teraz już możecie zacząć zazdrościć). Niebo błękitne, morze szafirowe, ma twarz aramantowa, powietrze ciepluśkie, a rtęć wysoko. Dziś godziny trzy wylegiwałem się na plaży, eksponując pokerfejsa na słońcu. Nie spaliłem się tak jak chciałem (jakby nie było słońce grudniowe), ale trochę poczerwieniałem. Nabrałem przaśnego koloru turysty z Niemiec i jestem zadowolony. Będę pewnie jeszcze mieć okazję się „dopalić”, jutro jadę do Alicante na dni kilka. O ile pogoda dopisze (a ma dopisać) to znowu będę leżeć na plaży. Oczywiście przykro mi, że siedzicie w przepoconych ławach UW, SGH, SGGW, czy Politechniki (ktoś z Poli? Wątpie...). Tak też wspominam was czasem, na przykład dzisiaj, sącząc piwko o 15.30 i patrząc na morze. No, ale nic. Dosyć przechwałek, czas na nowotki z Hiszpanii.
        W pokoju w którym śpię stoi kufel po piwie Judas, w sumie fajna nazwa dla piwa taki Judasz. Przynajmniej nie wprowadza w błąd „ Judasz cię nie zdradzi!” -jasne...wiadomo, że zdradzi, no i najebka usprawiedliwiona. „Przecież było napisane, że nie zdradzi, dlatego tyle piłem” „Człeniu, ale to Judasz!” -Piwo Judasz!
        Poznałem dziewczynę, która przez całe życie jedną rękę ma ciepłą, a drugą zimną, w sumie interesujące.
        Każdego dnia czekają mnie też zagadki. Chodzi głównie o hiszpańską wymowę angielskich słów, imion, nazwisk, nazw. Zawszę wychodzę na jakiegoś ignoranta niezorientowanego w świecie popkultury: „ To nie znasz go? Przecież jest znany na cały świecie”. Za chwilę rozszyfrowuję nazwę i okazuje się, że oczywiście znam.
        Bawi mnie też sam hiszpański. Pewne słowa mamy identyczne u nich i u nas, np. skandal. Hiszpanka mówi: „Blisko mojego domu jest kilka dyskotek, no i przez to jest dość dużo skandali na mojej ulicy”. Chyba dla was niezbyt śmieszne, a mnie jednak rozbawiło. Aaa inna rzecz, w niedzielę pojechaliśmy do parku krajobrazowego. Gówno żeśmy widzieli i prawie się zabiliśmy, kierowczyni-sprawczyni w ostatnim momencie wykręciła auto. Proszę sobie wyobrazić po prawej woda, po lewej woda, na wporst –WODA, no i zakręt, w który zapomniano skręcić. Nieważne, o tym innym razem, będzie uczciwa, długa relacja z prawie-śmierci. Do czego zmierzam, więc tę naszą prawie śmierć jedna z Hiszpanek nazwała: anegdotą! Tak, tak...wyjaśniłem, czym anedota jest w naszym języku. Podkreśliłem, że sytuacja musi być zabawna, nie groźna. W hiszpańskim to inaczej funkcjonuje, anegdota to krótka historyjka. No tak i na tym poprzestanę.

        Komentuj (0)

      • Wypadek gorszy od zderzenia z kartonami -Być nie może! -Może, może! 07 grudnia 2011, 10:36

        Komentuj (0)

        Na sam począteczek zdjęcia z drogi śmierci, potem dwa zdjęcia z parku krajobrazowego.





        Proszę uruchomić swoje piękne umysły i odpalić motor zwany wyobraźnią, zabieram was w przesadzoną podróż ku śmierci, strachowi i kurwom. Bohaterowie: jak zawsze grupka wesołej młodzieży, w liczbie trzech dusz, sceneria obrzeża Walencji, cel: zwiedzenie parku krajobrazowego –„To typowe turystyczne miejsce musisz to zobaczyć!”. Czas: jakaś 17.45, powoli nastaje ZMIERZCH. Od jakiejś godziny krążymy, w końcu trafiamy na opuszczoną drogę, po prawej woda, po lewej woda, na wprost droga i woda. Nie jest to morze, chociaż morzem się wydaje, jakieś uprawy ryżu, bagna i inne gówna. Po drodze mijamy fabryki, opuszczone zakłady pracy, a wszystko to już na terenie parku krajobrazowego. W sumie przyjemnie było, nagle z zamyślenia wyrwało mnie ostre skręcanie auta i przede wszystkim głośne „Kurwa!” z ust mojej hiszpańskiej koleżanki, kierowczyni-sprawczyni. „Kurwa!” zawtórowałem, kiedy zobaczyłem przed nami wodę. Skąd kurwa w jej ustach? Zakręt, kochani zakręt, kurwa oznacza zakręt. No cóż nie było chyba w moim życiu zakrętu bardziej na miejscu niż na tym zakręcie, i nie zaśpiewamy w tym miejscu a ja jestem psze pna na zakręcie, nie, nie, nie.
        Przeżyliśmy, zyskaliśmy nową ANEGDOTĘ i przy każdej możliwej okazji zawstydzamy naszą koleżankę, opowiadająć całemu światu: „Słuchaj, chyba nie wiesz, że kilka dni temu prawie zgineliśmy...”

        Komentuj (0)

      • cuda niewidy czyli galeria rozmaitości 08 grudnia 2011, 13:01

        Komentuj (2)

        Drodzy Państwo!
        Dzisiaj zakładam na głowę aksamitny cylinder indygo, pod brodą wiążę wytworną muszkę, podwijam wąsa i stukając hebanową laską, zapraszam! Zapraszam do wspólnej podróży w nieznane! Oto odsłaniam przed Wami nadzwyczajną i zaskakującą stronę wielomilionowego miasta, w którym przyszło mi spędzać czas. Do końca dotrą tylko najwięksi śmiałkowie, odnajdźcie więc odwagę w swoich sercach i rzućcie okiem na osobliwości, które zaprezentuje ten oto krótki fotoreportaż.
        By przygotować oko na nadchodzące dziwy, przyjrzyjmy się najpierw wspomnianej wcześniej podwodnej rzodkiewce. Potem, ostrzegam, runie lawina kuriozów, od której spuchną wam oczy.

        Ruszajmy!





        Po tak sytym posiłku, czas zbadać miejskie ulice, oto jedna z nich:




        jednak czy aby na pewno wszystkie elementy układają się w logiczną całość?



        oj ludzie, ludzie, duszy nie gubcie! spacer w pidżamie ulicami miasta?! tak, kochani. więcej powiem - jest to zwyczaj powszechny w tej krainie. w metrze, na ulicy, w supermarkiecie, starzy, młodzi, ciężarni i ociężali. ludzie chodzą w pidżamach (młodzi, jak widać w ślepej pogoni za modą , oczywiście Heloł Kiti) kiedy tylko przyjdzie im na to chęć! jestem za, a wy?



        Teraz nastąpi chwila poświęcona Tradycyjnej Chińskiej Medycynie, która ratuje moje liche zdrowie. Chciałam złożyć jej hołd i przy okazji poinformować, że odkąd tutaj przybyłam, Katarzyna odeszła w zapomnienie i mimowolnie stałam się znów KASIĄ (czyt: [ka-si-ja]), co zostało już formalnie potwierdzone zarówno przez pocztę jak i szpital:



        Mimo tak wielu rewelacji, jestem przekonana, że wytrawni poszukiwacze przygód wciąż czują niedosyt, dlatego teraz, zachowując wszelką ostrożność, zbliżymy się do szanghajskich stworów. Na jakie trafimy?
        Na przykład HURTOWE:



        albo MITYCZNE:




        Jeżeli komu już się włos na plecach zjeżył, radzę w tym momencie zakończyć wędrówkę, bo to, co zostawiłam na koniec, może całkowicie ruszyć z posad wasze poczucie bezpieczeństwa. ostrzegam więc :
        Jeśli czytają mnie dzieci, zamknijcie oczy swoje
        Bo to co się stanie drodzy panowie i panie
        Na to trzeba mieć lat ponad osiemnaście
        Jeśli nie macie tyle komputer wyłączcie, światła zgaście.

        TADAM!

        Komentuj (2)

      • Kronika niezapowiedzianej śmierci -eksperyment 09 grudnia 2011, 11:27

        Komentuj (0)

        Nie byłbym sobą, gdybym nie napisał o jakiejś obrzydliwości, zatem:

        Nie wiem ilu z tu wirtualnie obecnych czytało książkę Garci Marqueza Kronika niezapowiedzianej śmierci. O co mi chodzi: śmierć głównego bohatera, z rany sączy się krew, która płynie wartkim strumieniem przez miasto, taki tam strumyczek krwi. Wczoraj wieczorem poszedłem sobie siknąć ( w Alicante), gdzieś w jakąś bramę. Proszę wyobrazić sobie moje zdumienie, kiedy okazało się, że strumień uryny jaki oddałem na ścianę pobliskiej rudery, zaczął spływać. Z zaciekawieniem zacząłem obserwować drogę mojego moczu, chyba nie byłem pierwszy, który zostawił tu swoje siki, obok znajdowały się ślady po innych "rzekach". Tak też patrzyłem sobie na mój Nil, popadłem w zadumę, jak to się popada w zadumę nad rzeką, cytując Paula C. "na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam". Siadać nie siadałem, płakać nie płakałem. Troszkę tam się zamyśliłem jak Marta Korczyńska nad rzeką Niemen.

        Komentuj (0)

      • człowiek z wiekiem staje się rozumny... 11 grudnia 2011, 13:32

        Komentuj (0)

        ...człowiek z wiekiem do trumny.
        wczoraj złapałam kolegę za rękaw i powiedziałam "błagam, błagam kupmy to i bawmy się w kowboi".
        jak dotąd wygrałam dwa z trzech pojedynków.
        przyjeżdża się do Chin szukać dojrzałości a znajduje plastykowe rewolwery za 10 RMB. ech.

        Komentuj (0)

      • Ożeszkurwajapierdole, czyli sweet home Alabama. 12 grudnia 2011, 16:16

        Komentuj (0)

        Wróciłem do domu! Pewnie się nudziliście, spędzałem miło czas, nie miałem na co narzekać, 9 dni beztroski, jednak all się skończyło i all się zaczyna. Wielka nakurwa rozpoczęta, tak wielka że nie położę się spać po 7godzinnej podróży autokarem i 45 minutowym czekaniu na dworze. O nie, mamy 6 rano, ale ja napiszę, napiszę, by udokumentować moją wkurwę. Nie zdążyłem spędzić ze swoją kompanierą 5 minut, a już mnie wnerwiła. Tak też 5:40 od 10 minut stoję pod drzwiami próbując je otworzyć, na próżno...ciemna masa zostawiła klucz po drugiej stronie drzwi, więc otworzyć się ich nie da. Musiałem ją budzić, co kosztowało mnie wyrzuty sumienia (zbędne). Wchodzimy do mieszkania (ja i moja padruga z Walencji), unosi się tu zapach mojego odświeżacza do powietrza, którego nie podłączałem od 9 dni (bo mnie tu nie było). Wchodzę do swojego pokoju: hmm ktoś spał w moim łóżku, ktoś jadł moją kaszkę, ktoś zapaskudził moje życie. Wchodzę na salony, nieporządek, a jakże. Patrze na swój kwiat, zdobyty ciężkim dla mego portfela wydatkiem 5 euro. Na wpół martwy, zabiła mi roślinę łajdaczka. Patrzę na odświeżacz powietrza, pusty! Swobodnie działałby jeszcze 3 miesiące, gdyby ktoś go nie wylał...Idioci włączyli go do góry nogami...
        Dokończenie rano: czasu nie mam, więc rozpisywać się nie będę, końcuwkuję z Asnyka:
        Miejcie nadzieję!... Nie tę lichą, marną
        Co rdzeń spróchniały w wątły kwiat ubiera,
        Lecz tę niezłomną, która tkwi jak ziarno
        Przyszłych poświęceń w duszy bohatera.

        Miejcie odwagę!... Nie tę jednodniową,
        Co w rozpaczliwym przedsięwzięciu pryska,
        Lecz tę, co wiecznie z podniesioną głową
        Nie da się zepchnąć ze swego stanowiska.
        Wiersz sobie, a ja sobie. Swoboda interpretacyjna jest: nadzieję porzucę, odwagę mieć będę, będę walczyć i pokonam czarne łonery w kiblu, zapaskudzone lustro, obszczaną deskę, zatłuszczone blaty, popiół na balkonie i wiele innych. Wygram!

        Komentuj (0)

      • Tango 13 grudnia 2011, 15:58

        Komentuj (0)

        Moja kompaniera przekazała mi dobrą wiadomość (dobrą dla niej), 7 stycznia wraz z jej ciałem z Italii do Hiszpanii przejeżdża jej narzeczony: na 2 tygodnie. No żeszkurwajapierdole. Jakiś zasrany przytułek dla Włochów. Ptle

        Żeby nie było, poza chwilami frustracji i złości (generalnie pernamentnej -mimo iż jestem tu naprawdę szczęśliwy) to zdarzają mi się tu chwile radości, ilumiancji, duchowego orgazmu. Zazwyczaj chwile te mają miejsce, gdy jestem zdala od swojej kompaniery, np. ponad 400 km, czyli w Walencji. Iluminacja miała miejsce na Estacion de Nord, z okazji międzynarodowego dnia tanga, na stacji kolejowej ludzie tańczyli ten właśnie taniec. Madreeee mia, żebyście to widzieli, tę zmysłowość, te zamknięte oczy, namiętność, wyłączenie, życie w tańcu, życie we własnym świecie, te emocje. Dworzec nie istniał: istniał tylko partnerka/partner. Niesamowite, magnetyzujące widowisko. To było najzwyczajniej piękne, dołączam kilka zdjęć.



        Komentuj (0)

      • Spacer 14 grudnia 2011, 15:45

        Komentuj (0)

        Spacerując po starym mieście na jednej z kamienic odnalazłem polskie akcenty:

        Komentuj (0)

      • Pijmy wino za przyjaciół swych 14 grudnia 2011, 15:46

        Komentuj (0)

        Piję wino, a pijąc wino ze swoją hiszpańską koleżnką puszczam muzykę. Jestem djem, nie ma neta, nikt nie walczy o dostęp do youtuba, mam kompa na wyłączność, mogę dominować i robię to z czystą radością. W końcu dochodzi do takiego momentu, że puszczam Rubika -Niech mówią, że to nie jest miłość. Czuję się bezkarny, w PL srylion razy pomyślałbym, czy puścić. Dziewczyna nie zna Rubika, ja nie czuję żenewietty, więc puszczam, nie komentuję, nie wprowadzam w song, leci sobie spokojnie zaraz po J. Cullumie. Właśnie myślę o żarcie: Twoja stara klaszcze u Rubika, kiedy moja koleżanka zaczyna wyklaskiwać rytm na kolanach. Porfa...Bucham uśmieszką i tłumaczę, wprowadzam ją w Rubikon.

        Komentuj (0)

      • Papier, nożyce, palec 15 grudnia 2011, 09:23

        Komentuj (0)

        Zajęcia plastyczne, jeden z chłopców coś do mnie mówi, mówi swoim hiszpańskim 4, czy 5 latka. Nic nie zrozumiałem, a kiedy nic nie rozumiem to uśmiecham się i mówię „ Si, si, uhmm, claro, si, valeee”. No i tak też odpowiedziałem na pytanie chłopca. Akurat w użyciu były nożyczki. Na mój uśmiech, chłopiec odpowiedział swoim pogodnym uśmiechem, swój wzrok z jego twarzy skierowałem na dziecięce ręce. Między ostrzami nożyczek znajdował się jego malutki palec, nożyczki gotowe do użycia. Szybko przetłumaczyłem sobie w głowie pytanie dziecka, a właściwie to oznajmienie: „Me voy a cortar mi dedo!” (utnę sobie palec!). Szybko zmieniłem zdanie (nie zmieniając jednak uśmiechu) i odpowiedziałem: „No, no, no, no hace falte, dejalo” -nie, nie trzeba, zostaw to”. Jak widać czasem jednak warto wysilić ucho.

        Komentuj (0)

      • Płynie w nas gorąca krew 19 grudnia 2011, 15:45

        Komentuj (0)

        Płynie w nas gorąca krew, płynie w nas polska krew! Poznałem tu wiele sympatycznych, fajnych osób, nawet z poczuciem humoru. Jednak z kim tak mi dobrze będzie jak z Polką? Tym bardziej jeśli charakter trochę pokrewny. Kto rzuci kilka obrzydliwych, kilka okrutnych żarcików, kto sypnie sarkastycznym tekstem, no kto jak nie Polka? Kto zaproponuje kolejną szklankę grzanego wina, kiedy kubeczek już wysechł jak gardło po marihuanie? Kto to zrobi, kiedy nikt już się nie kwapi pić winka. Polka! Z kim pojeździsz na ramie roweru? Z Polką. Wymieniać można by długo,ale chyba nie ma sensu, bo wszystko to żarty sytuacyjne i zabawnymi tu już być nie mogą. Ale w sumie nie mogę sobie odmówić kilku słówek: kolacja przygotowana przez Turczynkę, ludziska rozpływają się w zachwytach, dobre było nie powiem, ale w sumie bardzo zwyczajne, kubki smakowe nie doznają orgazmu. Polka przoduje w chwaleniu, padają słowa: arczi delicioso! Godzinę później podczas wyprawy na stare miasto z tych samych ust padają następujące słowa: „W sumie zwyczajna była ta kolacja. Zupa o smaku mąki, fasolka niedosolona, kapusta stawała mi w gardle, mogła ją chociaż ugotować, no deser się ratuje, to fakt”. No i jak tu nie kochać tego malkontenctwa tak bliskiego mojej duszy? Kto będzie chodzić siku z taką frekwencją jak ja? Polka! Chwalić można by długo.

        Aplauz należy się również innym nacjom środkowo-wschodnioeuropejskim. Czeszki: Betka i Katia to nasi ludzi, gościom zaproponują herbatę, wyciągną na stół swoje prywatne czipsy, wzorowo spełniają starosłowiański obyczaj gościny. Panowie, panie brawa!

        Z innej beczki: nikt tu nie używa czajnika. Czajnik pozostaje urządzeniem nieznanym i dziwnym. „ Przecież wodę można podgrzać w mikrofali” -odpowiadają. W sumie to po co im czajnik, herbaty nie pijają, kawę parzą, zupek chińskich nie posiadają. Ja jednak dzielnie stać będę na straży przekonania, że czajnik to rzecz pożyteczna.

        Komentuj (0)

      • Śnieg 19 grudnia 2011, 15:47

        Komentuj (0)

        A myślałem, że w tym roku ucieknę przed zimą...

        Komentuj (0)

      • Kolęda, poślad i szpetny szept. 23 grudnia 2011, 14:56

        Komentuj (0)

        We wtorek wybrałem się na słuchanie kolęd do kościoła na starym mieście. Pomyślałem: dobra okazja żeby poznać hiszpańskie kolędy, zresztą można poczuć atmosferę świąt, której próżno szukać w moim aktualnym mieszkaniu. Kościół ładny, chyba solidna gotycka konstrukcja. Zasadziłem dupsko w dobrym miejscu, na kamieniu, tuż pod kolumną, z widokiem na ołtarz, z dala od ludzi, zadowolony z siebie pogrążyłem się w lekturze programu. Ludzi przybywało, więcej i więcej, gdzie się lokowali? Przede mną, a jak. Zamiast ołtarza widziałem już tylko ich dupiszcza. No, ale w końcu nie chodzi o to żeby chór widzieć, ale żeby go słyszeć. Słyszałem dobrze, do czasu kiedy stara raszpla nie stanęła nade mną i nie zaczęła się modlić. Robiła to szeptem, ale wszyscy chyba znamy ten szept kościelny starej baby. Zastanawiałem się kto ma tutaj, w tym miejscu, w tym czasie większe prawo. Ja? Jako, że jesteśmy na koncercie wcześniej zapowiedzianym (mszę przesunięto na 19), czy też ona -wierna, która przychodzi do swojego duchowego domu. Nie doszedłem do żadnej konkluzji. Szeptucha Olga szeptała dalej, a ja zamknąłem oczy i próbowałem słuchać muzyki sin szeptus. Po każdym utworze otwierałem oczy, żeby nikomu się nie zdawało, że śpię, no i żeby oklaskiwać artystów. Po każdym utworze i każdym otwarciu oczu widziałem więcej i więcej pośladów, moja przestrzeń stawała się coraz mniejsza i mniejsza, a ludzie byli głośniejsi. Brakowało tylko, żeby po kościele zaczęła się rozpierdalać Hanka Mostowiak ze swoimi kartonami. Stwierdziłem, że...ja wysiadam. No i wyszedłem w połowie, mimo wszystko było fajno.

        Komentuj (0)

      • Włos się na głowie jeży. 23 grudnia 2011, 16:21

        Komentuj (0)

        Druga połowa czaszki wyglona, kolor włosa -blond platyna, pan lat 75 w zwyż. telewizja hiszpańska, program śniadaniowy.

        Komentuj (0)

      • Suczasnaja Pani Dalloway 24 grudnia 2011, 10:28

        Komentuj (0)

        Współczesną Panią Dalloway spotkałem po 9 rano w miejscowym markecie. Przygotowywała się do swojego wieczornego przyjęcia, właśnie robiła sprawunki w sklepie El Dia %. Jak wyglądała? Była brodatym mężczyzną w sportowym stroju. Na oko jakiś 30paro letni Hiszpan, obcisłe spodnie z termolajkry zapewne z Decathlonu, cienka kurtka, widać że niedawno skończyła bieganie. W przewiezieniu sprawunków do domu pomagać jej miał wózek na kołkach, taki jaki w naszym kraju mają starsze kobiety. Co składało się na wykwintną kolację Pani Dalloway? Dwie butelki wina, sześciopak piwa (6x0,22, piwo marki El Dia %), dwa słoiczki z pasztetem, dwa opakowania chorizo w plastrach, dwa francuskie sery, duża puszka oliwek, oraz dwa kartony mleka. Co więcej wykładała na sklepową taśmie Pani Dalloway? Nie wiem, nie pamiętam, ale moją uwagę zwróciło, że za zakupy płaciła kartą, jak typowa współczesna kobieta. Była pewna siebie, świadoma swojej wartości, już wiedziała co przygotuje na kolacje, czym uraczy gości. Kiedy odchodziłem od kasy, ona okryta cieniem królewskiej wielkości, wciąż pakowała zakupy do swojego koszyka, robiła to zwinnie, jej ruchy były pełne męskiej sprawności. Zerknąłem ostatni raz na Panią Dalloway i wyszedłem ze sklepu, rzucając, cygance przy wejściu, chłodne spojrzenie.

        Komentuj (0)

      • Dżersi 31 grudnia 2011, 11:43

        Komentuj (0)

        Siedzę sobie dzisiaj wieczorem na swoich salonach, telepudło gra w tle, ja się rozrywam rysowaniem, skończyła się pogoda, zaczął sport. Dwie dekady Ligi Mistrzów, z tej okazji prezentują największych bohaterów LG, na miejscu pierwszym: Dżersi Dudek. Tak, tak, nikt inny jak nasz rodak, Jerzym zwany. Wszystko tu zmienią, że zwykły człowiek mówi na Johna Travoltę, Jon Travolta -wiem, że lunch jest tu lunczem (wymawiać jak napisałem, jak lun-a), wszystko to normalka, typówka. Zresztą jak mają mówić, skoro nawet w telewizji film zapowiadają z Hju JAKmanem. No, ale już tego Dudka mogli zostawić Jerzym. A gdybym ja tak nagle zaczął zmieniać hiszpańskie imiona i nazwiska? Gdybym tak nagle zaczął mówić o Pawle Picasso, o Janie Kortajarena, Eryku Iglesias, he?
        Oglądam właśnie Piratów z Karaibów w tv, jak nazywa się Jack Sparrow? Jak Esparrow. Nie wiem czemu dodają to E przed S. Jak mówią Spain to też dokładają E. Espain. I'm from Espain.

        Komentuj (0)

      • Reklamy 31 grudnia 2011, 11:43

        Komentuj (0)

        Czas przedświąteczny i świąteczny to okres kiedy hiszpańska ramówka reklamowa zasypuje człowieka milijonem reklam perfum. Jeżeli akurat widzisz piękną kobietę/przystojnego faceta, albo ich oboje tulących się w miłosnym uścisku, jeśli sceneria urzeka urodą, a bohaterowie rozmawiają ze sobą po francusku, lub zwyczajnie słychać choćby jedno francuskie słowo, oznacza to niechybnie, że trafiliście na reklamę perfum. Młodzieńcy jak szczep cedru na górze Libanu, damy jak lalala. I czuj się tu dobrze człowieku, czuj się pewnie, zwłaszcza jak siedzisz na kanapie w domowych łachach i jedyna woń jaką teraz czujesz to własny pot, lub zapach czosnku smażonego w kuchni. W takim momencie nie ma już miejsca na złudzenia, pozostaje jedynie powiedzieć sobie, że tak naprawdę to liczy się tylko to cholerne wewnętrzne piękno.

        Komentuj (0)

      • powrót do przyszłości 31 grudnia 2011, 17:09

        Komentuj (0)

        oto jestem już w 2012 roku! jakie cuda na was czekają? czy coś się zmieni? co zastaniecie za 7 godzin? jaką rzeczywistość? są tu maszyny dające ciepło oraz ludzie pracujący jak maszyny. chociaż konstelacje zostaną przesunięte, dobra wiadomość jest taka, że świat się nie skończy. Hejka 2012! Papieros na dachu zamiast fajerwerków.

        Komentuj (0)

      • Smuga 31 grudnia 2011, 19:30

        Komentuj (0)

        Upadł kolejny mit, ideał kolejny raz sięgnął bruku. Pierwsze złudzenia straciłem mając lat 6, kiedy okazało się, że moja matka również wydala kał, tak jak robi to cały świat. Zawsze myślałem, że kobiety TEGO nie robią, że to domena mężczyzn. Myślałem, że kobiety są za piękne, za czyste na takie rzeczy. W końcu pogodziłem się z myślą, że kobiety srają. Dzisiaj, w wieku 23lat kolejny raz staję twarzą w twarz z okrutną rzeczywistością. Mam w swoim domostwie gości, dwie miłe i ładne dziewczęta. Jedna z nich zrobiła rzeczoną kupę i...zostawiła w kiblu obrzydliwą brązową smugę (mimo iż obok stała szczotka kiblowa). Popatrzyłem z przerażeniem na smugę. Że też i kobiety zostawiają smugi, że kobieta smugi nie wyczyści. Że syfiasty facet to zostawi -rozumiem, ale kobieta?! Nie chodzi mi tu o pozycję kobiety w społeczeństwie , o krzywdzący archetyp sprzątaczki, zniewolenie przez obowiązki domowe. Nie. Zwyczajnie rozchodzi się o klasę, kobieta z klasą nie zostawia kupiej smugi w kiblu kolegi. Co do klasy, to już zupełnie na deser: idę do sklepu, naprzeciw (w dość dużej odległości) kroczy elegancka, 60letnia pani. Włosy na kopułę, apaszka, kolczyki, umalowana, w jednej ręce zakupy, w drugiej torebka. Kroczy to elegancko, kroczy to mieszczańsko i dumnie, nagle bach! „Pfffll”. Rzuciło to flegmę na chodnik. Bardzo to przykre, taka ta nasza rzeczywistość.

        Komentuj (0)

      ← →
      Copyrights © 2003 - 2011. ownlog.com | fotolog.pl
      • Szablon: maxbmx.ownlog.com
      • SEO: ageno.pl
      • Sponsor: CRM