-
zagadki przestrzeni 03 stycznia 2012, 14:57
Od siebie na drugi koniec miasta jadę ponad 2 godziny metrem.
Kiedy wybiorę się na wycieczkę, 160 km od Szanghaju, zajmie mi to niecałą godzinę.
To chyba oznacza, że muszę zmienić supermarket. -
Znakomstwa 04 stycznia 2012, 11:05
Siedzę dziś w barze przydworcowym, w mieście Vitoria, siedzi też dwóch facetów. Karnacja ciemna, włos ciemny, niedogolone to i pijane (w końcu była już godzina 19.30). No i siedzieli tak przy piwie, denerwowali barmankę i rozmawiali (a raczej wyrzucali z siebie) słowa w jakimś dziwnym, nieznanym mi języku. Jeden z typersów zaczął się wpatrywać w nasz stolik. Na na na, udałem, że zaciekawił mnie przebieg meczu Athletic Bilbao z coś tam-coś tam. W końcu mężczyzna wyrzucił z siebie.” Skąd jesteś?”. Odpowiedziałem po papiesku: Z dalekiego kraju. „Ale z Rosji? Bo ja jestem z Gruzji. Bo wiesz, że Gruzja miała wojnę z Rosją”. Mówię, że wiem i że nie jestem z Rosji. „Ale się nie obawiaj, teraz jest dobrze, nie mam żalu za wojnę”. W końcu uciąłem, że nie jestem z Rosji. „ A no to przepraszamy. Bo tak wyglądasz na Rosjanina, przepraszamy za kłopot.” Wychodziłem z baru: „ A z Ukrainy jesteś?”. Ukróciłem rozmowę mówiąc, że jestem z Polski. „ A to dobrze, dobrze, przyjaciele”. No i na koniec muszę powiedzieć, że trochę mi się przykro zrobiło, że wyglądam na Rosjanina. Bo właściwie jak wygląda Rosjanin? Od razu pomyślałem o chłopakach z songu Novy, novy, novy god. Potem o tych wszystkich gupawych filmikach z youtube, gdzie rolę główną odgrywają napruci Rosjanie. No i jakoś tak się zacząłem zastanawiać, może rzeczywiście wyglądam jak oni? A może pewnej ruskości dodał mi atrybut, który dzierżyłem w dłoni, czyli litrowy kubek z piwem (tak mi mówiono, że litrowy, jak dla mnie to max. 0.7 litra).
Zazwyczaj biorą mnie za obywatela Dani, Niemiec, Anglii, Holandii. Rzecz jasna tłumaczę, że jestem z naszej pięknej krainy. Chociaż nie zawsze...Ostatnio pozwoliłem sobie na małe, frywolne kłamstewko.
Byłem sobie w barze (znowuż bar!), poszedłem do toalety (jak się okazało pomyliłem toaletę, damska zamiast męskiej). Zagadała mnie dziewczyna (przekonana, że to ona się pomyliła). W końcu zadała pytanie: „Jesteś z Anglii? Z Niemiec?”. Niewiele myśląc wyrzuciłem: Z Ani-malani (albo jakiś inny wymyślony naprędce shit). „ Ojej nigdy nie słyszałam o takim kraju”. Wiem, wiem, to mała wyspa na Pacyfiku, nic się nie stało, nikt w sumie nie wie o jej istnieniu, jestem przyzwyczajony. „ I w jakim języku mówicie, po angielsku?” . O nie, nie! Wszyscy rozumieją angielski, ale mamy swój własny język miri-arau. „ Ojej, to sprawdzę to w internecie, bo nigdy nie słyszałam. Jak to się pisze?”. Pojęcia nie miałem jak to się pisze, w sumie to już nie pamiętałem co przed chwilą powiedziałem: „ Zapisz sama, jakby co poprawię”. Zapisała, oczywiście powiedziałem, że idealnie. No i wróciłem na salę. Mam nadzieję, że dziewoja była równie pijana jak ja i nie spotkamy się więcej w tym 250 000 mieście. -
Czekając na Godota/Gazownika. 09 stycznia 2012, 16:00
Czekam na tegoż gazownika, coby mnie zmienił butlę z butanem, bo od dni kilku kąpię się w wodzie zimnej jak Bałtyk w maju (dla niepoinformowanych jest lodowaty). Kąpiel taka wymaga ode mnie odwagi.
Na dniach podejmowałem hydraulikie (który polskim hydraulikiem się nie okazał, zarówno jeśli chodzi o urodę, jak i o kompetencje). Naprawiło mi to kible, tak że wciąż hałasuje dziadostwo jak sto skurwysynów pod monopolowym na Ochocie.
Nie jest to bynajmniej moje jedynie spotkanie z tutejszymi profesjami, byłem już i na policji, i w szpitalu, w banku, sklepie, tabakierze, lumpie, u chinola itepe itede.
Dziś natomiast zaproponowano mi uczestnictwo w warsztatach na temat narkotyków i alkoholu. Nie martwcie się, godnie reprezentowałem nasz kraj, byłem aktywnym uczestnikiem, moja ręka była w górze jak na auli w uni. Rzuciłem wyimkami z narkomańskiej historii literatury, muzyki i sztuki. Wtrąciłem żarcik. No i oczywiście używałem niemieckiej konstrukcji man+ 3 sing. ,czyli tzw. Mówi się. Mówi się, że narkotyk zwany marihuaną może powodować […], muszę zaprotestować, mówi się, że szklanka mleka, którą pani proponuje w czasie kaca, wcale nie jest tak dobrym pomysłem.
Wprost proporcjonalne do przekazywanej mi wiedzy na temat uzależnień, rośnie liczba alkoholi w mojej lodówce. Na dzień dzisiejszy prezentuje ona resztki wódki, resztki ginu i resztki Jaeger Meister oraz wino. Przy czym tylko połowa trunków została zakupiona przeze mnie, druga połowa to trunki pozostawione przez mych gości. Jeśli już o gościach i spotkaniach towarzyskich mowa, to temat rozmów oscyluje zawsze wokół dwóch spraw: gówna i seksu. Czasem zdarzą się plotki. Wczoraj nie było inaczej. Próba słuchania konwersacji może być znacząco utrudniona, nie chodzi tu tylko o barierę językową i nieznajomość terminologii skatologicznej/eschatologicznej po hiszpańsku, problemem dużo bardziej ważkim jest fakt, że ludzie tu nie mówią, tylko drą japę. Siedzą obok siebie na wyciągnięcie ręki i drą japę. Jest to nieznośne nie tylko dla sąsiadów, ale przede wszystkim dla mnie. Co do sąsiadów to byłem mile zaskoczony, pomimo że „rozmowa” trwała nieprzerwanie od 21 do 2 nikt nie zwrócił nam uwagi, nikt nie dzwonił na policję, nie tłukł szczotą w ścianę. U nas nawet nie można spokojnie zapalić szluga i porozmawiać pod oknem u Karolki Ciężarnej, bo zaraz sąsiadka uprzejme zwróci uwagę, że dym i hałas jej przeszkadzają, tu nic podobnego. Może wynika to z faktu, że sąsiedzi sami drą japę (za ścianą) lub kochają przestawiać meble o północy i później (sąsiedzi nade mną).
Muzyka, wiadomo na spotkaniu towarzyskim jakaś muzyka w tle lecieć musi. Chciałem być w porządku w stosunku do swoich znajomych i puściłem muzyką międzynarodową, lata 80, 90. Wydawało mi się, że to usatysfakcjonuje wszystkich. Nie miałem zamiaru nikogo męczyć poezją śpiewaną, Kulką, Myslovitz, czy czymkolwiek polskim. Niestety jak się okazuje to co dla mnie jest czymś międzynarodowym, dla nich jest czymś nieznanym. „Coolio? Kto to jest? Niby piosenka znajoma, ale Coolio?”. Kiedy tylko mieli możliwość to włączyli na komórkach swój hiszpański shit i to już grało do końca wieczoru. W końcu postanowiłem się zbuntować, rozpocząłem bitwę na głosy. Puściłem na cały regulator Demarczyk na laptopie. Nic z tego, nawet nie zdali sobie sprawy, że coś gra. W sumie to się nie dziwię, w końcu darli cały czas japy. Demarczyk sobie smutno podśpiewywała, ja wysilałem ucho próbując coś wychwycić z naszej pięknej polszczyzny. Ratunkiem okazało się zmywanie w kuchni, gdzie w końcu Dema, Radek, Kayah mogli dać czadu. -
„Pejzaż, pejzaż horyzontalny, horyzont różny, niebanalny, człowiek jak stwórca nieobliczany...” 09 stycznia 2012, 16:01
Wybrałem się na niedzielny spacer, stwierdziłem, a co będę się kisić w domu, dotlenię się, zapalę, pomyślę, pokontempluje, wzniosę się na wyżyny myśli. Jak już kiedyś wspominałem w pobliżu domu mam park, rzekę, most zakochanych, ogródki działkowe. Rozglądałem się za jakąś miłą samotnią, w niedługim czasie znalazłem miejsce wręcz idealne, wyspę na rzece, połączoną z resztą świata tylko dwoma drewnianymi mostkami. Na wyspie trzy kamienne stoliki i sześć takiż samych ław. Zasadziłem zadowolony dupsko na zimnej ławie, wyciągnąłem szluga, podgłośniłem w mp3 piosenkę Gdybyśmy byli kloszardami. Pierwszy mach, wejście w kontemplację, objęcie wzrokiem pejzażu, pejzażu niemal horyzontalnego i bach! Opakowanie po prezerwatywie, jedno, drugie, trzecie. Zaniepokojony wstałem i zacząłem szukać dowodu zbrodni, chciałem wiedzieć, czy to tylko dzieci dmuchały „balony”, czy miejsce to jest świadkiem seksualnych schadzek ludzki. Nie musiałem szukać długo, moim oczom ukazały się dwie zużyte prezerwatywy. Zrezygnowany usiadłem na tej samej ławce, oko wlepiłem w prezerwatywy, gdzieś w tle grała Sobczyk, kontemplacja pobiegła w innym kierunku niż planowałem. No i to tak, takie moje szczęście.
Wracając do domu w mp3 poleciał (zupełnie przypadkiem) pejzaż horyzontalny Maryli, no i tak myślę, że to właśnie ten mój pejzaż. -
wielka chińska odyseja i jej ciemne strony. 10 stycznia 2012, 12:57
w życiu każdego człowieka są takie momenty, kiedy sam przed sobą nie chce się przyznać do tego, co zrobił. otóż taka chwila moment, właśnie mi przeszła, dzisiaj jest dzień, kiedy udało mi się stanąć w codziennym pędzie donikąd, odwrócić się na pięcie i spojrzeć na swoje przeszłe poczynania. chociaż wydarzenia te miały miejsce jakiś czas temu, dopiero teraz znalazłam odwagę by o nich mówić, stawmy więc czoła faktom. kochani!
zjadłam psa.
nie całego, tylko kawałek. nie żeby przyszło mi to z łatwością, jestem jednak dzielnym podróżnikiem i odrzucając niechciane myśli o merdających ogonach i sierści, ugryzłam ten twardy kawałek mięsa. nie polecam i na tym zakończę relację, ponieważ wciąż nie jest to dla mnie łatwy temat.
to jednak nie koniec nowinek kulinarnych.
zjadłam również ślimaka! usilnie starałam się nie myśleć o pomrówach, na których człowiek się ślizga w wilgotne letnie wieczory. i oto zaskoczenie! bardzo smaczna kluska. kluska, która była ślimakiem, który był kluską.
zobrzydzeni do cna? wiem, wiem ja to potrafię umilić czas (zarówno sobie jak i innym).
Może żeby jakoś wybrnąć z tego ŚLISKIEGO tematu kulinarnych kuriozów, opowiem o pociągach. Chiński pociąg, którym wróciłam z wycieczki, otworzył mi oczy na zupełnie inny świat! Superszybki, supernowoczesny, przypominający samolot, wyposażony nie tylko w wygodne regulowane fotele ale również w stewardessy! Cenowo zbliżony do naszego Słonecznego... Po raz kolejny poczułam się zahukaną dziewczyną z małego miasteczka, co świata nie widziała i gębę szeroko rozdziawia. To nawet przyjemne uczucie, wszystko jest wtedy takie piękne i hipnotyzujące. Dla wtajemniczonych: after 5 minutes I was like "LET'S GO!", zachwyt minął równie nagle jak się pojawił, poszłam spać.
Ale skoro już jesteśmy przy temacie transportu i zaskakujących rozwiązań, nie wspominałam chyba o tym, jak pomysłowo został tutaj rozwiązany problem jazdy na gapę komunikacjo miejsko. Otóż nie będzie szczególnym rasizmem, jeżeli powiem, że Chińczyków jest OD GROMA. A przecież każde dobrze funkcjonujące państwo zapewnia swoim obywatelom odpowiednią liczbę miejsc pracy. Tak więc tutaj spotkamy pana, który cały dzień stoi za szybką przy szlabanie, panią, która w absolutnie zautomatyzowanym metrze macha zieloną chorągiewką, że wszystkie drzwi pociągu już się zamknęły, zamiataczy chodników, których jest więcej niż drzew w parku, panią, która pokazuje, że należy wziąć koszyk w supermarkecie oraz pana, który stoi przy ruchomych schodach i informuje iż zabiorą nas piętro wyżej, pilnowaczy porządku co 10 metrów w parku, do którego nie można wjechać rowerem lub wprowadzić psa oraz moje ulubione panie - kasowniki. Panie-kasowniki stanowią niezbędny element większości podmiejskich autobusów, funkcjonują sprawnie nawet w godzinach szczytu, kiedy pasażerowie wspinają się sobie nawzajem na ramiona oraz torby. Czujne oko takiej pani zawsze wie kto wsiada, kto wysiada, kto dokąd jedzie. Zaraz po udanym abordażu należy zameldować się u pani-kasownika z drobnymi lub kartą miejską, podać nazwę przystanku docelowego i dać się skasować. Kiedy jest największy tłok i nie ma sposobu by wyjrzeć przez okno celem określenia położenia geograficznego autobusu, pani-kasownik wyciąga swój mini megafon (autobusy są małe, nieprzegubowe) i drze japę jak hiszpański nastolatek tuż nad głowami skołowanych i nawarstwionych pasażerów, informując jaki przystanek się zbliża, czasem pytając czy KTOŚ MOŻE CHCE WYSIĄŚĆ WCZEŚNIEJ?!??! swym melodyjnym chińskim, który przebija się nawet przez głośną muzykę moich superwyciszających słuchawek. Wydaje mi się, że panie-kasowniki są przydzielone do konkretnych linii niczym spis przystanków, ponieważ na mojej zawsze jest ten sam zestaw kilku pań. To bardzo wygodne, jako osoba ROZPOZNAWALNA, nie muszę się wysilać żeby powiedzieć gdzie ma się zatrzymać przed moim przystankiem, tylko daję się skasować i czekam aż kasownik puści mi porozumiewawcze spojrzenie, że nadchodzi czas.
Obawiam się tylko, że po powrocie do Polszy nie zmienię swoich wymagań wobec kasowników i dalej będę cierpliwie czekać aż mrugną do mnie okiem.
Pozostając w temacie narządu wzroku, śpieszę donieść, że moje upodobanie do spontanicznego lansu w superhipsterkich zerówkach znalazłoby tu wielu sprzymierzeńców. Chińska młodzież, jak zauważyłam, też lubi ten egzaltowany styl, pozostają jednak szczerzy zarówno wobec siebie jak i innych. Noszą same oprawki, bez szkieł.
Słowem podsumowania, wiemy nie od dziś, że podróże kształcą, a nigdzie nie pozna się obcego kraju tak jak w tłoku komunikacji miejskiej. Zaczynając od ogólnie panujących nastrojów, poprzez ogólnie panujący styl ubioru (wszyscy mężczyźni są tutaj dobrze ubrani, nie mogę się otrząsnąć!) aż do kultury osobistej. Ostatnia, jak już wiemy, nieraz pozostawia wiele do żydzenia, parę dni temu jednak pewne wydarzenie zapisało się w mej pamięci literami raniącymi jak współczesna muzyka pop.
OKRADZIONO MNIE!
Wysiadam z metra, zdejmuję plecak, a tam zieje otchłań otwartej kieszeni!
O no! Pokręciłam głową, westchnęłam, zaklęłam siarczyście.
Jednakże, hola, stop! Nic mi nie zginęło, portfel jest, tak samo pusty jak był, paszport jest, długopis jest, niczego nie brakuje. Wytężam umysł,za Chiny ludowe nie mogę sobie przypomnieć co było w tej otwartej kieszonce.
Stoję na przystanku, olśnienie! Pusta paczka po papierosach!
Ha-ha ty zasrany szanghajski złodziejaszku, fakju, masz swój łup, frajerze!
Złośliwa satysfakcja wypełniła moje serduszko radosnym chihotem.
Oczywiście jest to niezwykle ważna lekcja o niebezpieczeństwach podróży gdziekolwiekbądź.
Pamiętaj, Simba!
dla rodaków,
ka-si-ya -
Ein zwei polizei 11 stycznia 2012, 15:11
Przyznaje, że w ostatniej notce
koleżanki z Chin zaskoczył mnie opis zorganizowania ludzi. Zawsze
wiedziałem, że Chińczycy potrafią dobrze pracować (jaaaaaa
potrafię dobrze pracować, jaaaaaa potrafię coś tam coś tam),
wiedziałem, że perfekcjonizm to coś co ich wyróżnia, wiedziałem,
że jest ich dużo itd. Ale, że tak każdemu znajdą pracę? Że
każdy ma swoją funkcję? Toż to nowotka. W sumie coś innego niż
tutaj, tutaj każdy się kręci jak pierdel w tańcu (nie pytajcie co
to ma oznaczać, takie tam wyrażonko zasłyszane od sprzątaczki z
UW). Bromas aparte, żarty na bok, tutaj też ludzie znają swoje
miejsce i funkcje. Wciąż jednak mam problem z odnalezieniem się w
niektórych sytuacjach, przyzwyczaiłem się do powszechnego
dotykactwa, pytań o moje samopoczucie, kiedy nikogo to nie
interesuje. Liczyłem jednak, że są przestrzenie i sytuacje, gdzie
ostają się jakieś resztki formalności. Chyba na darmo. Wybrałem
się w poniedziałek na policję żeby dowiedzieć się co z moim i
mojej kompaniery zgłoszeniem. Nic się rzecz jasna nie dowiedziałem,
jednak żarciochom ze strony pana śledczego nie było końca, ależ
mu humor dopisywał, ho ho, żarcik przeplatany z poważnymi
pytaniami. A na końcu typowe poklepanie mnie po plecach i „nie
martw się!” (rzecz jasna powiedziane z pominięciem formy Usted,
czyli Pan, no bo nawet tutaj obowiązują te same reguły
-bezpośredniocha).
-
Telenowele 11 stycznia 2012, 15:12
Tak się wszyscy naśmiewacie z
telenowel, wszyscy jak jeden mąż. Że akcja nieprawdopodobna, że
co to za idiotyczne intrygi, pomieszanie z poplątaniem, bzdura i
obłęd. Kilka dni temu pewna nimfa brzozowa, znajoma Urugwajka
powiedziała mi, że te wszystkie (waszym zdaniem absurdalne i
wyssane z palca historie) w rzeczywistości wysysa się z mlekiem
matki i potem realizuje się w życiu. Prościej: te wszystkie
dramaty przedstawiane w telenowelach (w każdym razie duża ich
część), w Ameryce Łacińskiej rzeczywiście ma miejsce.
Trzynastoletnia Paquita rzeczywiście może mieć romans ze swoim 55
letnim wujkiem Rodrigiem. Córka -Soledad dajmy na to, może spotykać
się (=sypiać) z 25 letnim narzeczonym (Angelo) matki (Compasion).
Może się okazać, że starsza siostra (Juanita) w rzeczywistości
jest rodzicielką Esperanzy. I jak? Łyso? Siwo? Czy owłosiono? Ha!
W końcu możecie przestać ze mnie drwić. Zacznijcie w końcu
oglądać telenowele -żeby być bliżej życia, chyba już czas,
kurwa, ampliar los horizontes!
-
Radio, someone still loves you! 12 stycznia 2012, 14:59
W lokalnym eterze najczęściej słychać dźwięki, które każdemu europejskiemu uchu brzmią małymi demonicznymi dziećmi bez twarzy albo złowrogo skrzypiącymi schodami od piwnicy, zwiastując nieuchronną i okrutną kaźń wszystkich mówiących. Tak więc całkiem miłą odmianę wśród tyleż niepokojącego co monotonnego szumu chińskich głosów stanowi jakakolwiek melodia, nawet taka, która sama w sobie też niewiele odbiega od ścieżki dźwiękowej dla wszelkich kreatur szukających krwawej zemsty.
A ponieważ radio zwykło krzykliwie zaznaczać swoją obecność podczas naszych posiłków (kucharz jest turbostary i nie dosłyszy), zdążyłam przywyknąć do tego drażniącego jazgotu na tyle by, niczym swędzącą piętę, odsunąć świadomość jego istnienia w bardzo odległy, ledwie dostrzegalny plan tła.
I oto nagle miesiącami wznoszone, misterne bariery, mające na celu odwrażliwienie nieszczęsnych mych narządów słuchu oraz tego co pomiędzy, runęły jak domek z kart. Strzyknęłam czujnie uchem, nie pomyliłam się:
w radiu zagrali "SEXY EYES". -
Winny? winny. 16 stycznia 2012, 19:47
Spotkałem się wczoraj (czwartek) z
moją koleżanką Polką, przyszła do mojego mieszkania z butelką
wina, ja swoją butelkę zakupiłem wcześniej. Wyłożyłem na
talerz ser brie i bagietkę, talerz na dywan, dupy na dywan, wino do
szklanek, z laptopa muzyka i jazda. Zanim jednak przeszliśmy do
konwersowania pokazałem jej fragment filmu Ewy Borzęckiej
-Damsko-męskie sprawy. Większość chyba kojarzy film, jak nie to
polecam NA youtube. Fragment o który mi chodziło to wizyta Alicji w
domu Wiesława, to jak raczy się wódeczką „ Ale nie ja dziękuje,
no tylko jeden, bo ja z reguły nie piję. Kobiecie nie wypada”.
Nie muszę chyba tłumaczyć, że kieliszek ten nie był ostatnim,
cięcie w tym filmie wyglądało mniej więcej tak: butelkę później.
No i potem była rozmowa o życiu, łzy, chlaśnięcie Wiesława w
twarz, tulenie Wiesława i na końcu mycie okien i podłogi (tak,
tak...). Tośmy się trochę z moją koleżanką pośmiali, trochę
poubolewali i się posmucili (bo ten fragment jest rzeczywiście
dogłębnie smutny). A potem idąc za przykładem bohaterów
zaczęliśmy pić, zamiast wódki było już wcześniej wspomniane
wino. Jedna, butelka, druga butelka. Trochę śmiechu, trochę
smutku. W końcu przyszedł ten moment, kiedy ona mówi „Oj ty to
biedny jesteś, oj biedny”. I kiedy ja mówię: „Oj biedna ty
jesteś, biedna. Trochęś przeszła w życiu”. Potem padamy sobie
w uściski i tak pocieszamy jedno drugie, mimo że ani jedno, ani
drugie pocieszenia nie potrzebuje i gest właściwie jest zbędny.
No, ale jakoś to tak poszło. No i rano stwierdzam, że byliśmy
podobni do bohaterów filmu Borzęckiej. Nie było identycznie,
obeszło się bez łez i mycia okien, jesteśmy też trochę młodsi
(jakieś 40 lat) no i może trochę ładniejsi, ale w sumie to tylko
kwestia czasu. A teraz nietrzeźwe wyimki ze spotkania, czyli co
zanotowałem wczoraj:
„Kaśka jak zawsze ten strach, czy
dwie butelki wina starczą dla dwóch osób, czy to nie za mało. Czy
resztka wódki w lodówce dopełni sytuacji, czy trzeba będzie kraść
współlokatorce sangrię. Takie są realia, nic się nie
zmieniam.buahha, idiota ze mnie.
Najebałęm się, bolesłąw książę
sławiony, w jakki sposob to się stalo, w jaki sppsob to się stao,
doniesopno d.pierdoleeeeeeeeee, nie popprawiam. Kocham te nasze
polki, za ich sklonnosc do szczerosci i najebania się. Umowilem się
z polką, do rzygania az do konca swiata, czyli pol litra na leb.”
Komentarz do wyimków:
Oczywiście dwa wina okazały się
ilością niewystarczającą, więc sięgnąłem po resztki wódki
-akurat na dwa drinki starczyło. Tyle, że nie było żadnego soku,
do drinków, ostała się tylko Sanrgia mojej współlokatorki. Po
którą rzecz jasna sięgnąłem. Tak też wypiliśmy wszystko co
było i się rozstaliśmy, bo każdy się śpieszył. Ona do chłopaka
na skajpa, a ja do łóżka na spanie.
Rano wyrzutnie sumienia zmusiły mnie
do wyjścia do sklepu w poszukiwaniu ukradzionej Sangri. Nie mogłem
patrzeć w te czarne jak węgiel oczy mojej współlokatorki,
widziałem w nich żałość i smutny pusty karton po Sanrgi,
mówiący: „Czemuś mnie porwał łotrze?”. Wino i winy zostały
odkupione.
-
Sabina Ułonka? -Nie, Sabina tutaj nie mieszka. 16 stycznia 2012, 19:49
W piątek rano miał do mnie przyjść
facet żeby zmienić „ contenedor de agua”, miał przyjść o
9.30. 8:45 domofon, wpuściłem. Okazało się, że to nie facet od
contenedora, ale jakaś zdyszana, zaaferowana kobieta z Ameryki
Łacińskiej: „ Dżanet już jest?”. „Jaka, kurwa, znowu
Dżanet?” -pomyślałem.
Poniedziałek: znowu budzi mnie
domofon, nikt nie odpowiada, wracam do łóżka, za 7 minut domofon
dzwoni kolejny raz. Dzień dobry, nie wiesz może gdzie mieszka
Sabina Ułonka. Odpowiadam, że nie, że nie wiem. Bo i skąd mam
wiedzieć.
Żeby nie było, że to tylko taki
zbieg okoliczności, jakiś inny dzień, kobieta stoi pod drzwiami
wejściowymi i pyta mnie o jakaś pannę X. Mówię, że nie znam.
„No wiesz taka niewysoka Gwatemalka pracuje tutaj.”. Nie miałem
pojęcia i nie mogłem odpowiedzieć mojej interlokutorce, swoją
drogą też niewysokiej Gwatemalce.
Inny wieczór oczekuję koleżanki
Francuzki, 14 dzwonek do drzwi, otwieram, na ustach już mam
standardowy tekst: Hola Mireille! Nikt chyba nie będzie zdziwiony,
że kobieta stojąca naprzeciwko nie była Mireille. „Ojojoj, chyba
się pomyliłam.” „ Chyba tak...” -odpowiedziałem.
Czy oni wszyscy nie mogą się mylić
gdzieś indziej? Wypytywać jakiś innych ludzi. Nawet spokojnie nie
można usiąść na ulicy, pod biblioteką, z laptopem, bo zaraz
każdy pyta: „A jak to, biblioteka zamknięta?”. Jest napisane
jak wół, Zima, biblioteka otwarta w godzinach 15.00 -21.00.
Napisane w ich języku, to muszę im odpowiadać po hiszpańsku,
informować. „O 15 otwierają. Dziś zamknięta bo Trzech Króli,
Dziś nie otworzą bo mamy Nowy Rok.”.
No i na deser dziadek z bloku obok
biblioteki. Kiedyś zobaczył, że rozpinam kurtkę i coś pokazuję
mojej rozmówczyni na skype. Zaraz zaczął krzyczeć z okna, żebym
wszedł na górę, że da mi kurtkę. Dziękowałem, prosiłem,
błagałem, nic nie mówiłem, nie skutkowało. Sytuacja powtórzyła
się innego dnia, kiedy to wchodził do swojego bloku. Znowu zaprasza
i mówi, i mówi, a ja już nawet nie staram się zrozumieć. Powiem
Wam, że to jest cholernie męczące jak ciągle ktoś do was mówi w
obcym języku, ciągła czujność i praca mózgu, to jest zwyczajnie
męczące. A jak już człowiek chce o czymś poważnym porozmawiać,
o książce, filmie, życiu, to nie ma z kim, bo nikogo to nie
interesuje, albo interesuje coś innego.
-
za całą resztę zapłacisz w juanach 18 stycznia 2012, 12:40
ale usłyszeć "someone like you" w lokalnym radiu - bezcenne. aż sobie chlapnęłam czarkę lub dwie ze szczęścia. -
Odgłosy 18 stycznia 2012, 15:35
Środa, 10:43
Teraz kiedy już
sprawdziłem jak się robi placki ziemniaczane, kiedy już wiem, co
dzisiaj zjem. Kiedy niepokój związany z kwestią żywienia nie
zaprząta mi głowy, mogę opowiedzieć wypadki wczorajszej nocy.
W poniedziałek
rozpocząłem okres swojej małej stabilizacji. Wszystko zrobiłem
bardzo poprawnie, 21.30 kąpiel, 22 już w łóżku, trochę nauki,
trochę lektury, dwa nieudane podejścia do filmów. O 23
stwierdziłem, że idę spać, a w każdym razie porozmyślam, przy
zgaszonym świetle. Rozmyślałem tak chyba ponad godzinę, w końcu
moja współlokatorka i jej chłopak przenieśli się z salonu do jej
pokoju i zaczęli sobie urządzać podśmiechujki. Mają prawo,
włożyłem na jedno ucho słuchawkę od mp3 (druga słuchawka nie
działa) i tak sobie słuchałem muzyki i rozmyślałem dalej. Nagle
słyszę walenie młotem -dochodziło już do 1 w nocy- zdawało się,
że ktoś nagle zaczął wbijać gwóźdź w ścianę. Domyśliłem
się, że rzeczywiście ktoś wbija swój gwoźdź i to bynajmniej
nie w żadną ścianę... Zatem z jednej strony to walenie w ścianę
obok połączone z tłumionym wzdychaniem, a chwilę potem
skrzypienie łóżka w pokoju nade mną. Klękajcie narody, byłem
otoczony przez sekszące się pary. I nie ma w tym też nic dziwnego.
Trochę się tylko zdziwiłem -nowe doświadczenie. W sumie nigdy
rodzice moi przyłapanymi nie zostali in flagranti. Dopiero tutaj
staję niejako w sytuacji 8 latka, nie mogącego spać, zanurzonego w
warstwach kołder i koców, w swoim wielkim łóżku, który próbuje
rozszyfrować czym są „te dziwne odgłosy”. Zatem oni tak się
seksili, a ja słuchałem jak „w głowie panicznie mi się
trzepie”. „ ...jak w klatce ptak, spłoszony puls, więc żyje,
czy to naboje ślepe, czy może to ślepota kul...”. Czyli
słuchałem piosenki Kaczmarskiego (Manerwy) i miłosnych manewrów
moich sąsiadów.
W końcu ździebko
zmęczony zasnąłem po 2 w nocy. Wstałem sobie dnia następnego,
udałem się do tualety na poranne urynaria. Wracam do swojego pokoju
, wkładam ubrania, na pierwszy ogień idą spodnie, prawa noga do
prawej nogawki, lewa noga do lewej nogawki, nagle zauważam na
podłodze plamkę krwi. Pierwsze co pomyślałem, że to może mi się
coś stało, że to może jakaś zaschnięta plama po imprezowym
weekendzie. Nic z tego, krew była świeża. Poszedłem do łazienki
zrobić autoobdukcję i rozpocząć dedukcję. Autoobdukcja nic nie
wykazała, ten sam pryszcz na nosie, te same krzywe zęby, nic
nowego, żadnych ran. Myślę zatem co się dziao wczorajszej nocy?
Hę? Czy mamy tu do czynienia z pierwszym razem (wszakże moi Romeo i
Julia zza ściany mają dopiero po 20 lat, albo 21, poznali się w
kościele). Czyżby to Sangria tak podziałała na nienawykłe do
alkoholu organizmy? Czyżby się zagalopowali? Czyżby plama na
podłodze w łazience -bo źródłem krwi była łazienkowa podłoga.
Czyżby to zatem łazienka była miejscem, gdzie zostawiono ślad
hańby/chwały (skreślić w zależności od wyznawanej ideologi).
Czy też może była to krew z nosa? Moja kompaniera ma teraz anginę,
może w efekcie ogólnego osłabienia poleciała jej krew z nosa. Bo,
że po antybiotykach stała się krewka, widać gołym okiem. Kiedy
tak siedziałem na kiblu i wpatrywałem się w te plamy, przyszły mi
na myśl też inne teorie: może to jej narzeczony postanowił się
ogolić, bo ją drapał i stąd ta krew, a może to ona postanowiła
ogolić swoją brodę? Jej brody nigdy nie widziałem, ale może
dlatego właśnie, że codziennie w nocy ją goli. No i ostatnia już
hipoteza, dużo bardziej śmiała i nie ma co ukrywać -smutniejsza.
Hipoteza, która przyszła mi do głowy po obejrzeniu 15 minut
hiszpańskiego filmu Te doy mis ojos, czyli filmu o maltretowanej
przez męża kobiecie. Czyżby wczorajsze walenie o ścianę, nie
było przyciskiem i parciem dwóch zakochanych ciał na ścianę, a
było waleniem głowy jednego z kochanków o ścianę? Czyżby moja
czujność została uśpiona przez...sen lub też piosenki
Kaczmarskiego, tudzież Gołębi song Maryli Rodowicz (swoją drogą
polecam). Nie wiem, pełen jestem niepokoju, chociaż w sumie to
wiem, że nic się nie stao. Próbuję zwyczajnie odłożyć w czasie
pójście do swojego lokalnego marketu w którym w sobotę wieczorem
wyznałem niemal miłość piekarko-kasjerce (młodej ładnej
dziewczynie). Ogółem sprułem się dokumentnie i dokumentnie się
też zbłaźniłem. Zapraszając ją na piwo, na kolację, na
kurczaka po węgiersku i po stokroć powtarzając jej, że jest super
bonita, interesująca i że bardzo ją lubię (a wszystko to przy
innych klientach). No, ale nic. W końcu będę musiał zejść....
-
noworoczna kolacja 21 stycznia 2012, 15:18
z okazji zbliżającego się Nowego Chińskiego Roku (okazja do wypicia - 23.01), zarząd zabrał nas w piątkowy wieczór na wspólne świętowanie. oto relacja:
w piątek skończyliśmy pracę wcześniej i o 18 zebrali wszystkich pracujących w meadowbrook, od sprzątaczek do
stajennych, łącznie ze mną, dwoma kolegami i całym szefostwem.
panie!
zabrali do miasta! do miasta, proszę sobie uzmysłowić, zawieźli samochodami, knajpa
super szyk, kelnerzy we frakach, 3 piętra. budynek skojarzył mi się z tą
łaźnią ze 'spirited away', mam nadzieję, że kojarzymy, jeżeli nie -
pozycja obowiązkowa. w każdym razie wchodzimy, ja + 10 chińczyków, sala
na dole olbrzymia, pełna ludzi i proszę wyobrazić sobie rihannę wchodzącą
do makdonalda na świętokrzyskiej w towarzystwie ochroniarzy. tak, to
byłam ja - 100 spojrzeń oderwało się od talerzy i padło na mój
jaśniejący magiczną poświatą zachodu łeb. potoczyłam odważnym
okiem po twarzach, może powinnam powiedzieć "zaszczyciłam spojrzeniem". no dobra, może poczułam się odrobinę przytłoczona, ale tylko przez
chwilę. zaraz przypomniałam sobie gdzie jestem i że +300 do pewności
siebie, w końcu to chyba najlepszy możliwy trening jaki mogę sobie
zafundować. no i tak, poszliśmy na ostatnie piętro, które było wielką
salą z wielkim okrągłym stołem do pomieszczenia wszystkich naszych
wsiowych outfitów. na środku stołu znajdował się szklany obrotowy blat,
na którym lądowały kolejne dania. łojezu! ile dobrego jedzenia a
mi się wyślizgują pałeczki! no ale jakoś dałam radę. wszyscy oczywiście
po chińsku, zamówiłam więc piwo (wciąż umęczona niedawnym
zalkoholizowaniem), dostałam budweisera - no na bogato, doprawdy i aż
wzniosłam toast, że bardzo się cieszę, że wszystkich poznałam (pozycja
nr 1 w rozmówkach, to się nauczyłam). oczywiście został przyjęty z
uprzejmym niezrozumieniem i ogólną radością, że jest okazja do wypicia.
ale, ale! co też oni pili! szef kupił na bezcłowiu wódkę RASPUTIN,
niemieckie gówno za 20zł, które udaje rosyjskie a smakuje jak polskie i ma 70 %. no chińskie chłopaki to umiejo
pić, jak wspominałam wcześniej. tak też stały kieliszki do wina, 6 z
nich zapełnionych tymże płynnym ogniem (lawa, co pali mnieee, magiczna
siiła, boję się!), jak wodą lub pepsi. chińska kultura nakazuje aby przy takich
uroczystych okazjach wznieść toast do każdego, zaczynając od najstarszych. było nas
dużo, a więc ok 10 do potęgi toastów. rasputin rozszedł się migusiem
pomiędzy tofu a papierosem, a chłopakom (mówiąc chłopaki mam na myśli
przedział wiekowy 30 - 70), oczywiście było mało i dawaj Ed, zamawiaj
flaszkię! dawno nie czułam tak domowej atmosfery, bariera językowa
upadła bo pewnie i tak bełkotali, świetnie się bawiłam patrząc na ich
rozkrzyczane, OGORZAŁE twarze. a że chiński trunek, który potem nastąpił
to już ten znajomy, który jeszcze mi się odbijał czkawką, to w przejmującym poczuciu solidarności, wypiłam też parę toastów.
wieczór skończył się prezentami, bardzo uroczo, każdy dostał zestaw
pidżama + słodycze. ja dostałam różową w małpki, idealny strzał.
wyszliśmy, wytoczyli się pracownicy, niejeden padł na bruk, radość dla
oka niecodzienna, bo zwykle to ja jestem tą co pada na bruk.
ogólnie wrażenia b pozytywne, potem jeszcze trzeba było pomóc nakarmić
konie, bo zajmujący się tym człowiek był tak pijany, że wpadał na ściany
boksów aż w końcu wpadł do wózka z sianem. i dzięki licznym wyrazom
sympatii uzbierałam prawie całą paczkę darowanych fajek.
Szef nie podzielał mojego entuzjazmu i wielce był zażenowany całym kolacyjnym widowiskiem, nie rozumiem. -
Zasłyszane 23 stycznia 2012, 11:38
Mój komputer wystosował do mnie
komunikat: „Rozważ wymianę baterii”. „Zdarzenie
to, acz małe, jest mi wcale nieprzyjemne”. WTH?! Że co? To
już komputer mi doradza? Rozważ poćwiczenie liczb wymiernych i
niewymiernych; rozważ zmianę kierunku studiów; rozważ swoje
zachowanie; rozważ wymianę baterii. Tego już za wiele. Maszyna
będzie mi doradzała. Pluję w mleko twojej matki Asusie przeklęty.
Zniknęliście mi z oczu, ale nie z
serca. Tak, tak, moi kochani znajomi. Za wszystkimi z was, za każdym
z osobna, i za tymi z lewa i za tymi prawa, tęsknię za Wami.
Ostatnie dwie noce prześniłem o Was. Szwędacie się po mojej
głowie jak Ż. po pustym sklepie. Na zajęciach z gitary, na których
nudzę się niemiłosiernie, wpatruję się tępo w gitarę i udaję,
że obchodzą mnie postępy dzieci w nauce piosenki, którą gramy od
października, w rzeczywistości myślę o Was. Często uśmiecham
się pod wąsem, czasem wydam z siebie cichy chichot (losu) i tak
sobie myślę. Myślę jak to już wrócę, zasadzę dupsko w
Insajdzie, na ławce parkowej i porozmawiam, i usłyszę ten potok
mowy nieprzerwany, zaleją mnie te słowa polskie. Człowieka aż
nosi, bo nie wie co ma powiedzieć/napisać.
Pogoda paskudna, leje jak z cebra,
zajęcia plastycznej, nowy uczestnik (dziwny 17latek) nagle mówi:
„Nie rozumiem, czemu ludzie zaczynają biec, kiedy pada deszcz.
Przecież nic im się nie stanie, nie umrą, no chyba, że mają AIDS
i się przeziębią”.
Jako kto chcesz pracować w
przyszłości? Dziewczyna 12letnia: „Jako projektantka mody, albo
modelka. chociaż co do tej modelki to nie wiem, nie chcę cały czas
rzygać”.
-
Cygańska jesień/zima 23 stycznia 2012, 11:40
W
moim mieście jest pewna tradycja (tak, tak, kolejna). 11 lutego
obchodzą oni święto Caldereros, czyli coś ku pamięci Cyganów i
Żydów, którzy kiedyś, w odległych czasach przybyli do miasta. W
sumie nikt nie wie o co chodzi, nikt nie potrafi mi nic wytłumaczyć,
wszystko sprowadzają do jednego zdania: Pije się alkohol i tańczy,
i tak cały dzień oraz całą noc. Perspektywa, nie powiem, kusząca.
Wczoraj znajomy
mój młody uwagi mi robił i dzięki temu udało
dowiedzieć mi się kilku szczegółów owego święta. Wszyscy
chodzą ubrani jak cyganichy, potem następuje cygański ślub, czyli
połączenie młodzieńca z dzielnicy San Jorge, z damą z Rotxapea.
Albo też odwrotnie. Co roku miejsce ma rotacja. Rok temu Roczę
reprezentowała wolontariuszka z Niemiec, w tym roku Rocza
zaprezentować ma kawalera. Doszły mnie nieoficjalne wiadomości, że
to ja mam być tym cygańskim księciem. Nie chwal dnia przed
zachodem, mój ślub nie jest jeszcze niczym pewnym, fakt że będę
księciem cygańskim to tylko pogłoski. Jednak oczami wyobraźni już
zobaczyłem siebie na wozie cygańskim, w historycznym centrum
miasta, kiedy to łączą mnie węzłem małżeńskim z księżniczką
cygańską Samantii (po cygańsku córka wiatru). Momentalnie
powracają sceny z Katedry Marii Panny Wiktora Hugo. Widzę moją
cygankę i jej kozę, słyszę dźwięk jej bransoletek. Oczami
wyobraźni witam zgromadzonych mieszkańców i przemawiam: Ja
cygański książkę, pozdrawiam ludność miasta X. -w tym miejscu
wykonuję gest pozdrowienia (proszę wyobrazić sobie Królewnę
Angielską i jej rączkę). Tak się rozmarzyłem, a przecież
możliwe, że to wszystko to tylko bzdurka dla pana ogórka i że
zamiast na tronie, stać będę wśród ciżby witając nowego króla.
Prawdziwego króla cygańskiego, śniadego, z ciemną oprawą oczu i
czarnym włosem na głowie. Bo i jaki ze mnie król cygański.
-
acta-torki 25 stycznia 2012, 12:06
rodacy! przyjaciele! świecie mój!
tym uroczystym i pełnym zarówno powagi jak i żałoby tonem zwracam się niniejszym do elitarnego grona godnych najwyższej pochwały ludzi, którzy wciąż jeszcze utrzymują ze mną kontakt mejlowy. Poniekąd zwracam się również do nieco szerszego kręgu czytelników chinszpanii.
wiem dobrze, jak źle się dzieje w państwie polskim, wiem o cybernetycznej wojnie, która wisi w powietrzu. dzięki zaufanym źródłom, wiem o dokumencie zwanym ACTA, zdaję sobie sprawę z konsekwencji i zagrożeń związanych z jego zatwierdzeniem. drżę z niepokoju.
drżałam do niedawna, szczerze mówiąc, lękając się zarówno o dobro własne jak i najbliższych piratów internetowych.
teraz drżenie ustało i niczym żona Lota zamieniłam się przerażony słup soli, nie zdolny odwrócić wzroku od nadchodzących wydarzeń. myślałam, że mam jeszcze parę miesięcy spokoju ducha i radosnego pobierania plików całymi nocami a również prywatnych wiadomości, w których mogę sobie wysyłać i cytować, co zechcę. nie jest tajemnicą, że mam na sumieniu przynajmniej kilkaset gigabajtów nielegalnych plików. ale żeby twórcy ACTA wysyłali swoje agentki do Chin? Czy to możliwe, że klika, która postanowiła ocenzurować internet ma macki sięgające aż na moje polany o trawach szarpanych mroźnym styczniowym wiatrem? Czy już układając postanowienia zawarte w ACTA, zaczęli rozrzucać swoich informatorów w najdalsze zakątki świata? Wszystkie te pytania chwieją moim poczuciem bezpieczeństwa jak jednonogim manekinem. Niestety mam powody by je zadawać.
Czy podejrzanym przypadkiem czy przez czyjś demoniczny plan, dokładnie teraz, gdy nad horyzontem błyska się i słychać szczęk żelaza, został wydany wyrok także na mnie.
7 lutego, agentki ACTA przyjeżdżają do meadowbrook pod jakże kiczowatą i tanią przykrywką nowych pracowników. Jassssne. Jakie tego konsekwencje? Oczywiście dano mi wybór, dokładnie na miarę skazańca - szubienica czy karabiny. A więc czy wolę zaakceptować szpiega jako współlokatorkę czy wolę przenieść się do pojedynczego pokoju na przeciwko. Nie zastanawiając się ni chwili wybrałam drugi pokój. Licząc się z konsekwencjami, tak jak powinnam byłam się liczyć z nimi gdy tylko usłyszałam o powstałej nagonce na internetowych bandytów. W nowym pokoju nie będę miała internetu w ogóle. A dwie ACTA-torki zajmą w poczuciu triumfu mój obecny pokój i zapewne będą się pławić w mej niedoli, chichotać złośliwie na skajpie i cholera wie co jeszcze.
Moje dni w cyberprzestrzeni są policzone. -
Spotkanie po latach, pamiętasz tamten żul to właśnie ja. 27 stycznia 2012, 13:28
Wszedłem jak co dzień niespiesznym
krokiem do sklepu el Dia %. Przyzwyczajony do nieobecności
kasjerko-piekarki, której to niemal wyznałem miłość w stanie
upojenia napojem alkoholowym, skierowałem się na dział pieczyw.
Jesteśmy na wczasach -podśpiewywałem, bo rzeczywiście
kasjerko-piekarka była na wczasach, już prawie dwa tygodnie.
Podszedłem do półki z pieczywem, schyliłem się po bagietkę za
0.39 euro. Zobaczyłem rękę alabastrową, wkładającą bułeczki
do pieca, wystarczył rzut oka na dłoń, a już wiedziałem, że to
ona -kasjerko-piekarka! Wróciła z wywczasu. Na szczęście była
zajęta pakowaniem pieczywa do pieca i nie zauważyła mej obecności.
Jesteś dorosłym mężczyzną zachowuj się jak przystało na
takiegoż, nie rób z siebie głupca -próbowałem sobie wmówić.
Obróciłem się na nodze, i poszedłem do kasy, wszystko robiłem
tak, by nie musieć odwracać głowy. Wiem, że moment przeproszenia
kasjerko-piekarki oraz moment potwierdzenia wszystkich pochwał pod
jej adresem i moment rozpoczęcia naszej wspaniałej przyjaźni (bo
uzna, że wcale nie jestem żulem, a uroczym młodym człowiekiem, co
mówi co mu serce dyktuje, co sięga tam gdzie wzrok nie sięga,
łamie czego rozum nie złamie), wiem zatem, że moment ten zbliża
się nieuchronnie. Jednak niebiosa, dajcież mi chociaż możliwość
wyboru dnia i godziny. Czy muszę być zaskakiwany bladym świtem -10
rano, w czapce -kondomie na głowie i zmarzniętym pokerfejsem.
Chociaż w sumie...moją przyszłą koleżankę oceniam dość
pozytywnie, pewnie jest człowiekiem mądrym i pomimo łachów na
mych barkach, zobaczy, że „Jako promień słońca się przebija
przez najciemniejsze chmury, tak szlachetność przez, najciemniejszą
przebija się szatę”.
-
jaka to meloooodiaa?! 28 stycznia 2012, 12:36
Ostatnie parę dni upłynęło mi w bardzo przyjemnych okolicznościach przyrody. Z pobliskiej wioszy przez pola wiatrem niesiona docierała do nas muzyka. miła melodia stała się codziennym tłem pracy, wprawiając mnie w dobry humor oraz radosne pląsy. Oczywiście urządziłam sobie konkurs zgadywanek, cóż to za okazja. Najbardziej oczywista odpowiedź - Nowy Chiński Rok, od 5 dni nieprzerwanie huczą fajerwurki (Chińczyk się bawi, na koszta nie baczy), więc i muzyka powinna grać. Drugim moim domysłem była zaginiona kolonia szkockich hipisów, ponieważ rano dźwięki przypominały grę na kobzie. Po południu brzmienie przechodziło w bębny, trąbki i akordeony, więc mogłam sobie wyobrazić, że oto mój Cygański Książę przybywa porwać mnie do swego taboru albo - nie wiem czemu - że maszeruje Czeska orkiestra bo pomylili obecnie trwające Święto Wiosny z Wiosną Ludów. itd itp. Pomysłów na rozwiązanie tajemnicy dobiegającej zza płota muzyki miałam bez liku. W końcu, znudzona tymi gierkami, postanowiłam zapytać chińskiego kolegi jaka jest okazja do takiej kilkudniowej imprezy.
Trochę się zmieszałam, kiedy z powagą odpowiedział: "old people. they die." -
chiński dla początkujących 29 stycznia 2012, 17:15
ponieważ mojego kolegę bardzo to śmieszy, spieszę donieść: BAJDZIOŁ - to wino (białe, raczej jak nasza wódka), PIDZIOŁ - to piwo. DZIOŁ - alkohol ogólnie. a więc, kochani: HE DZIOŁ - chlejże! -
Splendor ciał francuskich z Saint Tropez 30 stycznia 2012, 10:26
Godzina 13.30, niedzielny „poranek”
otwieram oczy, patrzę w lustro naprzeciwko swojego łóżka,
wymięta, zmęczona twarz, włos i żołądek w nieładzie, kto zacz
-pytam. To ja. Obejmuję wzrokiem pokój, popielniczka na środków
dywanu, a wkoło niczym konstelacje na niebie -rozrzucone ubrania:
skarpety, bokserki, spodnie, kurtka, czapka, szalik, zegarek, plecak.
Kolejny przystanek kuchnia: kurczak z wczorajszego obiadu patrzy na
mnie z wyrzutem, że nie schowałem go do lodówki, to samo sok w
kartonie i sok w szklance, nie ruszony od 16 dnia poprzedniego,
identycznie nieumyta patelnia, niedojedzone bagietki. Co się stao?
Proszona kolacja (trzecia w tym tygodniu) przyczyną moich zaniedbań.
Kolacja zapowiadała się jak wiele innych kolacji: nudno. Tym
bardziej, że osoba która mnie zaprosiła nie jest wulkanem energii.
Szedłem bez specjalnych oczekiwań, zjem źle i wrócę wcześnie do
domu. Wieczór jednak potoczył się trochę inaczej. Włoszka o
wielkich niebieskich oczach przyrządziła lasagne, pomagał jej w
tym Peruwiańczyk – w końcu jakiś człowiek z którym można było
o czymś konkretnym porozmawiać. Zapowiedziano, że dołączą do
nas ludzie z Francji: „Dziewczyna z Paryża, dziewczyna i chłopak
z Saint Tropez”. Saint Tropez -usłyszałem i momentalnie
zobaczyłem sypiące się złote monety, szelest pieniędzy, a
wyobraźnia podsunęła mi obrazek zepsutych, bogatych dzieci. W
końcu przyszli, wszyscy byli piękni. Najpierw wszedł ich zapach,
który po zetknięciu się mojego policzka z ich gładkimi
policzkami, zostawał na mojej skórze. Jedna dziewczyna niższa,
filigranowana, druga wyższa. Postać wysmukła jak palma, a piersi
jak grona winne. Małe noski, ciemne oczy i fantastyczny francuski
akcent, sumując to nie był film, one były prawdziwe. One były
rzeczywiste i były piękne, zdawały się też tępe. Co przy
późniejszej weryfikacji okazało się prawdą -w przypadku jednej z
nich. Tak też byli sobie ci piękni, zapewne bogaci ludzie. Czułem
się trochę niepewnie, trochę jak ubogi krewny z prowincji. Nie
żeby dali mi coś odczuć, to tylko wyobraźnia pracowała. Żeby
jakoś poradzić sobie z tą niezręczną sytuacją próbowałem
wdrapać się na wyżyny pogardy, nie udało się to, ograniczyłem
się więc do ignorowania ich urody i królewskości, oraz do pisania
w głowie fraz, które tutaj zamieszczam. Wraz z upływem czasu i
alkoholu, oraz serwowania jedzenia, istoty te stawały się bardziej
ludzkie. Pięknota jadła bruschettę, najpierw upada jeden pomidorek,
potem drugi. Potem wpycha jedzenie do buzi i mówi z pełnymi ustami.
W końcu upięte włosy opadają, na głowie panuje najzwyczajniejszy
w świecie pierdolnik. Już po jakiejś godzinie dostrzegam, że
spodnie mojej elegantki są upierdolone czymś brązowym, co
najbardziej przypomina gówno. Moje dotychczasowe wyobrażenie o nich
upada, obraz tych dziewcząt rozpada się na milion kawałeczków,
najnormalniejsza w świecie dekonstrukcja, w końcu moje pięknoty
stają się zwykłymi dziewczęta, z którymi można i porozmawiać,
do których można przemówić i co najważniejsze, które w końcu
ma się w dupie, ma się w dupie ich elegancję, urodę, francuski
akcent, dziewczęta stają się obojętne. W końcu równowaga.
W międzyczasie do mieszkania przybyły
też Urugwajki i Argentynka, oj te to były szprychy. Nie wiem co
czyniło je atrakcyjnymi, czy picassowska linia twarzy, czy diastema,
czy w końcu to przepiękne SZ, Ż. Żo szeee. Cudowny jest ten ich
akcent, a i dziewczęta sympatyczne.