-
Przepis 22 lutego 2012, 10:42
Moje kreatury mają karnawał, a ja mam wolne. W czasie wolnym oddaję się różnym przyjemnościom, łączę pożyteczne z przyjemnym i na ten przykład gotuję. Tak sobie czytam przepisy o 00:06 i w końcu notuję co następuje:
Kurwa ja
pierdole. Inaczej zareagować nie mogę. Po północy minut 6, czytam przepisy
kulinarne, żeby wiedzieć co nowego można przyrządzić i natrafiam na taki
przepis.
Pierwsze
słowa:
ok. 50 dag mięska mielonego.
No żesz k...!
A potem już z górki: łycha przecieru
pomidorowego. Cebulę pokroić i podsmażyc
oleju, dorzucić mielone mięsko (ja
dodaję własnoręcznie zmieloną chudą wołowinkę)
i podsmażyć na dużym ogniu, doprawiając solą i
pieprzem. Wpakować to do garnuszka
razem z kukurydzą, pokrojoną w kostkę papryką i ogórkami (ja
użyłam 2 średnich ogórasów, ale można więcej - w
oryginale było 5). Dołożyć oba rodzaje fasoli z puszki
albo wcześniej namoczoną i ugotowaną fasolkę.
Ta, którą sami ugotujemy nie będzie się tak rozpadać,
ale puszkowa jest niezastąpiona dla
wszystkich leniuchów. Składniki należy zalać
wrzątkiem z kostką rosołową i pogotować z kwadransik
aż papryka nieco zmięknie. Teraz wystarczy doprawić zupkę
przecierem pomidorowym, solą, pieprzem
i ostrą papryką. Zupa powinna wyjść gęsta,
ale jeśli komuś się ręka omsknie i wleje ciut za
dużo wody, to może sobie zagęścić odrobiną mąki. Podaje się to cudo ze
startym żółtym serem i bagietką albo jakąś inną bułeczką. Przepis jest autorstwa Ani
z Krakowa z listy dyskusyjnej pl.rec.kuchnia
Autorka do zupki dodaje jeszcze czosnek i curry.
Do autorki: Droga ANIU z Krakowa, chuj ci w
dupkę za te twoje formy deminutywne i inne dziadostwa, jesteś do cholery dorosłą kobitą, a nie
10latką!
-
Zima na ramiona moje spadła... 20 lutego 2012, 10:41
Zima na ramiona
moje spadła, niewinnością białym śniegiem...-mała poprawka, nie
na moje ramiona, a na wasze. Zamiast spadła chyba lepiej powiedzieć
przysypała. Białym śniegiem? Białość z pewnością gdzieś się
ostała, dominuje pewnie szarość -błota pośniegowego i żółć
psiej (i ludzkiej) uryny. Podczas gdy wy wciąż musicie oczekiwać
na przebitki psich kup spod śniegu (które niechybnie oznaczają
nadejście wiosny). Ja powolutku rozdziewam swoje nowe szaty króla,
zasadzam dupsko na fotelu, fotel zaś na balkonie, wyciągam kopyta,
włączam mp3 i wystawiam twarz (czy też ryj -jak to mówio młodzi)
do słońca. I nie mówię, że jest źle, bo jest fantastycznie. Nie
mogę przestać, już około sześciu godzin ta przepędziłem
(należy zauważyć, że robi się tu ciemno dopiero o 19 -w obecnym
momencie). Tak też grzeje się w lutowym słońcu i myślę o was
ciepło. Słońce jest idealne, daje radość, ale nie męczy,
grzeje, ale nie poci. Kiedy nudzi mi się już pozycja siedząca,
zmieniam miejsce wypoczynku na swój pokój, otwieram okno, kładę
się na łóżku, kopyta wyrzucam na parapet i słońce łapię w
pozycji horyzontalnej. W tak wygodnej pozie można nawet przysnąć.
Ja tu o
pogodzie, a miałem przecież o miłości i o młodości. Widać jaka
jest u mnie lista priorytetów.
Zatem na
wspomnianą już wcześniej kolację mojej kompaniery mieszkaniowej,
ostatecznie przyszły tylko dwie osoby, plus ja z półtoragodzinnym
spóźnieniem (zapowiedzianym, byłem w kinie). Nie powiem, nawet
współczucie się we mnie odezwało, że tylko dwie osoby przyszły
na tę jej kolację. Zatrzymam się jednak przy owej dwójce, oboje
ładni, oboje weseli, ona przy tym inteligentna i miła, on ignorant
z czymś na kształt ADHD. Tak też spotkali się Belg i Hiszpanka.
Lat 18. No i tak patrzę na te ich poradne, czy też nieporadne
podrywki, na te podwale. Nie no to nie są podwale, to nie jest nic
co wzbudza drwinę, to raczej wzbudza rozczulenie. Kiedy to było
kochani znajomi? Kiedy to wy mieliście po lat naście i byliście
zakochani? Kiedy to wy tak niewinnie szukaliście każdej okazji to
dotknięcia wybranka/wybranki? Wszystko pięknie, tylko jest jeden
problem, problem zasadniczy -czteroletni związek dziewczyny, a co za
tym idzie jej chłopak. Tak też skreślona sytuacja rodzi sytuację
dramatyczną, Romeo i Julia -jak podsumowała moja współlokatorka w
nocy w kuchni (kiedy tamtych dwoje stało spłakanych na klatce
schodowej od minut dwudziestu). Ja bym się nie posuwał tak daleko w
tych literackich analogiach, darowałbym sobie też omawianie całej
sytuacji dramatycznej. Z uwagi jednak na chęć poprawy stosunków z
sublokatorką rozmawiam z nią o tym (zwyczajnie inne tematy nie
istnieją). Zatem zawikłane położenie kochanków mnie niewiele
obchodzi. Ale fakt jacy byli niewinni w tych swoich czułościach,
nie-czułościach, bo w końcu na nic konkretnego pozwolić sobie nie
mogli w mojej obecności. Ale kochani, stary wyga wypatrzy te
muśnięcia dłonią, te przepychanki o siedzenie, te objęcia,
podnoszenia na rękach, te czułe słówka, toż samo oko zobaczy
brak reakcji ze strony białogłowy. Nie ukróci sytuacji, nie zrzuci
ręki, nie da po gębie, nie powie you better stop, stop beforeee. Ja
to widzę. Widzę, uśmiechnę się pod wąsem i czuje się jak stary
dziad. Niby tylko lat dwadzieścia i cztery mi zaraz stuknie, czyli
młodość w rozkwicie, ale tak człek patrzy, i duma, i się czuje
stary. A że ta subtelność i niewinność jest czymś innym w
porównaniu do tego co widuję na naszych spotkaniach towarzyskich
moi drodzy znajomi, to chyba tłumaczyć nie muszę. No, ale kto jest
bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem, ja nie rzucam, kamień
chowam zza pazuchę.
-
wino-GRONA GNIEWU 17 lutego 2012, 15:03
Kropla, do
kropli, aż czarka się przeleje i staniesz się najgorszym
doświadczeniem mojego wolontariatu. Od czego się zaczęło:
Moja
współkompaniera-współtowarzyszka w pełnej konspiracji zaczęła
zapraszać ludzi z naszej pracy na piątkową kolację, rzecz jasna
nic mi o tym nie wspominając. Moje uważne ucho zasłyszało
fragment rozmowy: dziewczyna z pracy: -A to zapraszacie nas na
kolacje. Ona (współ-mierda): -Nie to JA zapraszam. -I się zaczęło.
To prawda wcześniej ja zapraszałem ludzi, bo z jej strony nigdy nie
było żadnej inicjatywy, ale zawsze zapraszałem w naszym imieniu:
Zapraszamy. Nigdy: Zapraszam.
Przez następne
dwa dni padały pytania kierowane do mnie: -Kto do Was przyjdzie? -To
w piątek widzimy się u was?
Odpowiadałem:
nie wiem, nie ja to organizuje, ponadto nie jestem zaproszony.
Dziś
starszyzna pracownicza (odpowiednio 30, 35, 34 lata) zapytała mnie o
kolację (zaproszeni nie zostali). Odpowiedziałem tak jak to robiłem
już wcześniej. Padło pytanie: ale jak to, to nie rozmawiacie?
Rozwinąłem temat, powiedziałem, że to gówno nie konwiwencja,
opowiedziałem o zostawionych łyżeczkach i kubkach, które czekają
na mnie dwa dni (kiedy jestem w podróży), bo dla mojej
współlokatorki to zbyt wiele -zmyć je. Opowiedziałem o
proponowanych przeze mnie wspólnych posiłkach (początek
listopada), opowiedziałem o braku wzajemności, o antypatii i
aspołeczności swojej towarzyszki. Wszyscy zresztą sami mogą to
zaobserwować, bo wyżej wymieniona nie uczestniczy w kolacjach
pracowniczych, nie wychodzi. Krąży tylko między domem, pracą i
biblioteką, gdzie jest internet. W domu zaś krąży między swoim
pokojem i salonem, gdzie gapi się w pudło. Popołudniu doszło do
rozmowy z mediatorem, czyli z naszą tutorką. Padły słowa o tym,
że wiedzą, że nie żyje nam się dobrze wspólnie, ale że możemy
chociaż próbować lub udawać w pracy. Tutorka wyciągnęła sprawę
kolacji (która w innym wypadku by nie wypłynęła). Sublokatorka
stwierdziła, że nie robi niczego czego ja nie robiłbym wcześniej,
że zawsze dowiaduje się o wizytach, na godzinę lub dwie przed
faktem (co w większości wypadków jest prawdą, ale powiedzcie mi
czy da się inaczej? Ludzie nigdy nie wiedzą, kiedy przyjdą, zawsze
przychodzą w większej ilości niż zapowiedziana). Ona zaś
potrzebuje czasu żeby się nastawić, akurat jest smutna wyjazdem
swojego narzeczonego. No i kurwa co? Na szczęście personifikacja
prawdy w postaci mojej tutorki zarzuciła sublokatorce egoizm:
-Zapraszasz
przyjaciela na miesiąc, narzeczonego na dwa tygodnie, siostrę na
kilka dni, a on nie może zaprosić znajomych na kolację? Jak często
ich zapraszasz?(to do mnie)
Zapraszam dwa
razy w miesiącu, jak widać to zbyt dużo, bo jeśli zapraszam
wspólnych znajomych to musi być to zapowiedziane, nie wiem jak bo
nie posiadam wiedzy o godzinie odwiedzin, czy ilości osób. Padają
też jej słowa -Wcześniej ustaliliśmy, że będą nas odwiedzać
nasi znajomi, nie moja wina ŻE DO NIEGO NIKT NIE PRZYJEŻDŻA.
Nie, nie
przyjeżdża, ale nie mam problemu z tym że zaprasza swoich
znajomych, ale niech mi łachudra nie wypomina organizowania kolacji.
Mogę zapraszać każdego, ale nie tych których ona zna, bo wtedy
czuje się zobligowana do siedzenia z nimi. Moja wina, że jest
aspołeczna?
Padły słowa o
tym, że jestem najgorszą częścią jej wolontariatu i że żyje
się ze mną/nam fatalnie (i z wzajemnością cipsonie) -co rzekłem,
bez epitetu jednak.
I co jeszcze
mogę napisać? Nic właściwie, kwintesencja zawartą została, a
teraz buzuję się na wieczorną rozmowę, która nastąpi za trzy
kwadranse. Skoro powiedziało się A, to trzeba też powiedzieć B,
ale też X,Y i Z. Oznacza to przestudiowanie całej zawartości
bloga, żeby nie zapomnieć o ani jednej rzeczy do wypomnienia, czyli
wspólne kolacje proponowane przeze mnie, techniczna organizacja
całego naszego życia, organizacja hostelów, poruszanie się z mapą
po Saragossie, nieumyte łyżeczki i kubki, niepościelone łóżko
po wspólnej znajomej, które oczekiwało na mój powrót z Andaluzji
2 dni, może też upomnę się o zwrot kosztów za spinacze do prania
(0.75centów), drewnianą łopatkę do jedzenia (2 euro) i inne
pierdolety, tak, będę małostkowy, tak będę dziadem.
Sam jej
argument, największym jej problemem jest to, że nie zawiadamiam z
odpowiednim wyprzedzeniem o wizytach, nie chodzi o to, że wspólne
życie nie wychodzi, że nie prowadzimy wspólnego gospodarstwa, nie
gotujemy, nie jemy razem. Nie, z jej strony nie o to chodzi. Z mojej
i owszem, nigdy mi nie zaproponowała, że coś kupi skoro idzie do
sklepu, ja tak, nigdy nie otworzy skrzynki na listy, bo ja to zrobię,
nigdy nie skontaktuje się z właścicielką mieszkania bo ja to
zrobię, nigdy nie podejmie hydraulika o 8 rano, bo ja to zrobię.
Koniec Nigeryjko, Frido wracaj do (to już kod zrozumiały dla jednej
osoby). Pieprz się łachudro, od jutra wszystko w twoich leniwych
łapach, dziel kurwa i rządź leniwa krowo. Pierdolona czereśnia.21.10-pierwsza
próba, nieudana -jest w kiblu
21.25 -druga
próba, nieudana -wciąż w kiblu. Albo sra, albo podcina żyły,
mycie się jest wykluczone z powodu braku dźwięku włączonej
wody. Chce mi się siku.
21.29
-wyszła, idę siku, a potem porozmawiać. Papieros na PO już
przygotowany. 21.30 -Zapomniałem
o ostatniej możliwości -demontaż sztucznych włosów, w ramach
przygotowań do przyodziania nowej peruki. Rozmowa przesunięta na
najbliższą przyszłość. Pet.
Dramat!
Skończyły mi się bibułki do szlugów. Matka potrzebą wynalazku,
a historia vitae magistra. Przypomniałem sobie Bachtina, któremu
w czasie II Wojny Światowej skończyła się bibuła do papierosów,
a który bez szlugów przetrwać nie mógł i postanowił spalić
swoją opasłą książkę o Dostojewskim -użył stron w charakterze
bibułki. Zrobiłem to samo, tyle że z opakowaniem od pocztówek.
Tak też skonstruowałem najładniejszego papierosa w moim życiu.
Wróćmy jednak do rzeczy. Do 23 czekałem na rozmowę, włączyłem
sobie telewizor (pierwszy raz od grudnia oglądałem tv wieczorem).
Trafiłem na program w stylu Szymona Majewskiego, tyle że
zabawniejszy. Z rudym gościem i piękną modelką w charakterze
zaproszonej. Udzielił mi się wesoły nastrój rozmówców i jakoś
tak napięcie we mnie się zmniejszyło. Po 23 rozmowa rozpoczętą
została. Była to rozmowa wyważona, szczera i konstruktywna. Nie
wytknąłem w końcu tych spinaczy i drewnianej łopatki, zabrakło
na nie miejsca w naszym dialogu. Wymieniliśmy krytyczne uwagi na
swój temat, na temat niezmywania przez nią łyżeczek i skrzynki na
listy. Ona ze swojej strony wytknęła mi okruszki po chlebie
zostawiane w zlewie oraz paprochy podłogowe skrzętnie zamiatane za
drzwi od kuchni lub w pobliże śmietnika. Z rzeczy bardziej ważnych
wytknęła mi nieinformowanie jej o planowanych wizytach z
odpowiednim wyprzedzeniem. Wytknęła zaskoczenie jej o 14.30 w
sobotę w piżamie i z brudnymi talerzami w salonie „ Bo jak ty byś
się czuł w takim momencie?”. Nie potrafię się wczuć w
sytuację, trudno mi wyobrazić sobie siebie o tej godzinie w
powijakach na salonach. Jeśli tak gniję, to tylko u siebie w
pokoju. No i o ten pokój też się rozeszło, że się zamykam w
swojej pustelni i współkompaniera (już nie łajdaczka i łachudra)
nie chce mi przeszkadzać. Główną przyczyną narastającego
konfliktu jest duma i uprzedzenie. Żadne z nas nie podejdzie
pierwsze, nie rozpocznie tematu, nie zaproponuje nic drugiemu, nie
wytknie mu wkurwiczynków dnia codziennego. No i co? W sumie to
czuje, że rozmowa oczyściła atmosferę. Zatem na pytanie Czy warto
rozmawiać? (w tym miejscu składanie rąk na Pospieszalskiego).
Odpowiadam: Tak, warto! Okruchy odtąd spłukiwać będę wodą, a
paprochy zamiatać prosto do śmietnika. Postanowiłem też więcej
proponować sublokatorce mimo iż nadal twierdzę, że towarzystwo z
niej żadne i że nie mamy o czym z sobą rozmawiać. W sumie
sytuacja się wyklarowała, chociaż postawiła nas w nowej sytuacji,
która przedstawia się następująco: osoby, które nie są siebie
ciekawe i nie przepadają za sobą próbują utworzyć jakąś
relację. Zastrzegliśmy jednak, że nic na siłę. Co pozostaje
wentylem bezpieczeństwa.
Na sam już
koniec dodam, że w grę weszła też Zazdrość i medycyna.
Zazdrość: sublokatorka w ramach projektu personalnego robi rysunki
do pracy. Ja z czystej przyjemności, w ramach hobby też zacząłem
je robić, nie żeby konkurować, nie żeby pokazać kto ma lepszą
kreskę (nulla dies sine linea), większą wyobraźnie (ja), a kto
tylko przerysowuje znane postacie z kreskówek (ona). Sublokatorka
poczuła się w tym miejscu urażona, wszakże ukradziono jej
projekt. Nie to było moją intencją, w końcu rysunki nie są
częścią mojego projektu personalnego. A, że są lepsze...No
cóż...Bozia nierówno obdarza talentami. Tym narcystycznym akcentem
kończę tę nieprzyzwoicie długą notkę i udaję się na
spoczynek. Życzyć mi proszę lepszego jutra.
*Na kolację
celowo mnie nie zapraszała, żeby powiedzieć mi o niej 2,3 h
wcześniej, żebym poczuł się zaskoczony i zaskoczył, że ją to
denerwuje, ergo zmienił swoje postępowanie. Te 3 h wcześniej by
mnie w żadnym wypadku nie rozsierdziły, jestem przyzwyczajony do
improwizacji. Jak wiadomo bardziej zdenerwowało mnie to: Ja
zapraszam. Gdzie z jej strony JA było chwytem czysto gramatycznym:
„Bo skoro ja zapraszam, stoję sama, to używam 1 os.l.poj.) A
pomyśleć, że w październiku nawet wyszliśmy razem pobiegać!
Szczerze to ona i tak zawsze ma minę srającego kota, co mnie
denerwuje, ale tego już jej nie powiedziałem. -brak w frazeologii,
zresztą nie chciałem insultować po tym przeczyszczeniu.
-
Zapowiedź 16 lutego 2012, 19:10
Już jutro, gorąca notka pt. Moja współlokatorka i współpracownica zarazem to jedno wielkie głupie cipsko ze sztucznymi włosami doczepianymi co 2 msce, które zbierać muszę ze swojego dywanu mimo iż w pokoju moim nie bywa. Notka pełna emocji, goryczy i bluzg. Traktować będzie między innymi o tym jak osoba, która gości kolejno: przyjaciela przez miesiąc, narzeczonego przez 2 tyg. i siostrę kilka dni, śmie wypominać mi, że organizuję spotkania towarzyskie w naszym mieszkaniu ( około dwa razy na miesiąc).
Jebana pomyja! Dziś czara goryczy się przelała, będą łzy, pot i jazgot.
AAAAAAAAAA -
Powrót do szkół 15 lutego 2012, 19:12
Poranek,
prawdziwy poranek, godzina 8. Od niepamiętnych (polskich) czasów
wychodzę z mieszkania tak wcześnie i kroczę po ulicy razem z ludem
pracującym i uczącym się. Jednak życie o 8 rano tu istnieje.
Wsiadam do autobusu, jak za starych i nie takich znowu dobrych
czasów, kiedy to tłukłem się 23 na Stare Miasto. Pogoda lutowa,
czyli polska jesień, zimno, szaro, pada deszcz -swojsko. Wchodzę do
budynku, przed budynkiem młodzież, w środku zapach pasty do
podłogi, po kilku kwadransach rozlega się dzwonek. Co to wszystko
może oznaczać? Powrót do szkoły! Tak, tak moi mili, wkroczyłem
do przybytku przypominającego szkołę. Szkoła języków obcych dla
imigrantów, to tu polepszać będę swój hiszpański. Pani profesor
-filolog pa prafesji, koleżanka po fachu -tak teraz już koleżanka,
wszakże i ze mnie jest filolog. Krótka rozmówka o Szymborskiej
(zainicjowana przez profesorkę), kolejny test poziomujący i w końcu
zajęcia. Na zajęciach: kobieta po 40, wyglądająca na Rosjankę;
kobieta po 60 pewnie też Rosjanka, troje denerwujących ludzi z
Bułgarii, dwoje Afrykańczyków, w tym jeden śpiewający i
bekający, moja nieszczęsna kompaniera mieszkaniowa, dwie Chinki,
Arabka -Fatima i ja. W czasie zajęć ćwiczenia gramatyczne.
Mieliśmy życzyć czegoś innym uczestnikom ćwiczeń. Chodziło o
nauczenie się koniunktiwu, wyszła chwila prawdy: Afrykańczyk
pożyczył Chince, żeby była ładniejsza; Chinka profesorce żeby
była lepszym człowiekiem; 60letnia Rosjanka pożyczyła sobie w
końcu bycia szczęśliwą. Potem mieliśmy powiedzieć o nas
irytuje: co mnie irytuje w mojej współlokatorce, powiedz jej to.
Oczywiście rzuca się milijon myśli, w końcu wybieram najmniej
moim zdaniem chamską: myjesz się zbyt długo, ona zaś wybiera
zupełnie bez sensu, irytuje ją, kiedy ludzie ją naśladują.
Zapytana o argumentację, poproszona o rozwinięcie milknie. Arabka
skarży się na powszechne u Hiszpanów kłamstwo, profesorka próbuje
wybrnąć pokrętną teorią socjologiczną mówiącą, że każdy
człowiek kłamie dziennie około 50 razy. Przy innej okazji Bułgarzy
przeszkadzają sorce prowadzić zajęcia, Afrykańczyk ich napomina,
Bułgar insultuje Afrykańczykowi nazywając go głupim, Afrykańczyk
się wzburza, a ja oczami wyobraźni widzę ustawkę po lekcjach,
czyli wyrównanie rachunków za pomocą noży i pięści. Tak też
minęły pierwsze zajęcia. Poza lekcją chamstwa, braku wychowania,
smutku i goryczy życia 60letniej kobiety, powtórzyłem też
koniunktyw.
-
Moje wielkie cygańskie wesele. 13 lutego 2012, 10:25
Tusz spłynął z rzęs, pierwsza
herbata została wypita, a zegar wybił 14, czas opisać moje wielkie
cygańskie wesele. Pan młody był ze mnie jak się patrzy. Mój
królewski splendor był na tyle wielki, że czarował wielu ludzi,
płci obojga, co niestety zaowocowało podczas swatów i ostatecznie
podczas łączenia mnie węzłem małżeńskim. O jakieś 14 na Plaza
de Navarreria poznałem swoją prometidę, czyli obiecaną mi
narzeczoną. Piękna białogłowa, lat 17, co uniemożliwiało
ewentualną konsumpcję małżeństwa. Na obiedzie dla stu osób
wymieniliśmy podarki, ona dostała kwiat z balonów, ja zaś od niej
otrzymałem obrączkę schowaną w piętce od chleba. Potem
odśpiewano Que bonito esta el noviooo, el noviooo que bonito estaaa,
esta. Czy jakoś tak. To samo odśpiewano mojej narzeczonej. W ciągu
całego dnia najwięcej było paradowania po ulicy, z naszym wózkiem
i kozą, symbolem mojej dzielnicy. Przygrywała nam cygańska muzyka,
orszak rozpoczynał jakiś 30 latek w podskokach, wespół ze swoim
psem, który również skakał, a raczej ciągnięty był do góry
przez swego właściciela-potwora. W końcu o 19 na Plaza de San
Francisco doszło do ślubu. Ślub poprzedziła gorąca debata na
temat zawartości semantycznej wyrazów pederasta i pedofil (to w
czasie rozmów prywatnych). Dla Hiszpanów to to samo. Próbowałem
wespół z Francuzką wytłumaczyć nie taką znowu subtelną, a
wręcz dość wyraźną różnicę między dwoma pojęciami.
Bezskutecznie. No i rzeczony już ślub. Na placu mieliśmy czterech
narzeczonych i trzy narzeczone, pani wenerolog dokonała połączenia
par. Połączenie to było dosyć arbitralne i swobodne. A jeśli
takim było, to ktoś musiał na tym ucierpieć i tym kimś byłem
ja, no i mój... mąż. Tak,tak. Jedna para była po bożemu, chłop
i baba. Trzecia para to mały harem, chłop i dwie kobiety. Druga
para to małżeństwo gejowskie. Tak też połączono mnie węzłem
małżeńskim z chłopakiem z Czantrei. Możliwości ucieczki nie
było, utrudniały to tłumy ludzi dookoła, matki, dzieci i ojcowie.
Tak też połączono nas tym węzłem małżeńskim, potem nastąpił
pocałunek, na szczęście moja peleryna poza tym, że była ładna,
była też praktyczna, umożliwiła mi, albo lepiej powiedzieć,
umożliwiła nam, skrycie „sekretu naszej miłości” pod
peleryną. Czyli mówiąc prościej, pozwoliły na uniknięcie
pocałunku,przy jednoczesnym zadowoleniu zgromadzonej gawiedzi.A potem było już tylko wesele, czyli
impreza.Jedna uwaga, Hiszpanie, w każdym
razie ci z mojej pracy, nie mówią: „Zmieniamy miejsce, idziemy do
innego”. Oni nie informują, oni po prostu zmieniają miejsce i
szukaj. Kiedy zwraca się uwagę na ten ich niecny proceder,
odwracają kota ogonem i w końcu to ja się czuje winny, że nie
wiedziałem, gdzie idą.
A no i kiedy
pytają jak ci się podoba święto/impreza nie
powinno się odpowiadać, spokojnie, bez emocji (tak jak ja):
dobrze, dobrze, podoba mi się. To ich nie satysfakcjonuje. Trzeba
trochę krzyknąć, wpaść w dziki entuzjazm i wzmocnić to „dobrze,
dobrze” do „świetnieeee, genialnie! Jestem bardzo szczęśliwy”.
Kiedy usłyszą taką odpowiedź, jest już dobrze, odpowiadają
uśmiechem, niektórzy też trzęsieniem głowy na Jandę, kiedy mówi
o swoim teatrze, z ich strony pada zwrotne: Genial! Muyy bien! I już
jest w porząsiu. Nie ma co się porywać na szczerość, bo to tutaj
nie przechodzi.zareczyny, a ponizej slub
-
klątwa mariah carey 10 lutego 2012, 11:47
od paru dni nie mogę się nadziwić czemu nuci mi się "all I want for christmas is you".
dzisiaj odpowiedź spadła z nieba niczym manna, wraz z podmuchami mroźnego wiatru.
oto mamy pirszy śnieg tego roku.
w związku z ogólnym zaskoczeniem i towarzyszącym mu przemarznięciem, pragnę zilustrować swój stan ducha:

-
Metamorfozy -niekoniecznie Owidiusza. 08 lutego 2012, 12:45
Kiedy matka ost. Raz mnie widziała na
skype powiedziała -o chyba się poprawiłeś na buzi -eufemizm.
Zwyczajnie nie chciała powiedzieć: zrobiła się z ciebie gruba
świnia. Ale ja to wszystko wiem, zresztą czego można się było
spodziewać po takim trybie życia, np. dziś: na śniadanie
McDonald's, na obiad KFC, na kolację Burger King. Ciała się nie
oszuka, lustra też nie, chociaż można próbować...Nieobcinanie
włosów: loki ukryją zwały tłuszczu, noszenie okularów
przeciwsłonecznych -nikt nie zobaczy ze zamiast
zielonych/niebieskich oczu, zostały już tylko małe świńskie
szparki; niedogolenie ukryje drugi (albo i czwarty) podbródek. Tak
też z Dawida z głową Goliata, którego widzieliście w czerwcu,
przeistoczyłem się w samego Goliata. Nie, nie prawda. Wszystek to
blaga. Chociaż Dawidem już nie jestem, to fakt.
-
Ibsen, Hamsun, Grieg, Norweżka. 08 lutego 2012, 12:44
Wracam zatem do historii z Norweżką.
Seminarium miało miejsce w mieścinie
Mollina, jakieś półtorej godziny od Malagi. 80 osób z 26 krajów,
wśród nich i ja.
Ośrodek prezentował się jak to
ośrodek pracowniczy, tyle że na dobrym poziomie. Mieliśmy avenidy
i ulicę (okażą się one dość istotne z punktu widzenia historii,
która później się rozegrała). Ostatni wieczór przepędziłem
tak jak i inne, na integrowaniu się w pokoju Niemki, a potem w
lokalnej tancbudzie. Każdy sobie trochę chlapnął, przytupnąłem
nawet nogą (a kto mnie zna, niech doceni). Nagle ni z gruszki ni z
pietruszki, można by powiedzieć, że z tak modnej ostatnio mgły,
wyłoniła się Norweżka. Moje oko nigdy jej nie wyłapało z tłumu
ludzi. Nagle znaleźliśmy się blisko siebie, nasze wstawione ciała
obijały się o siebie, kiedy tak szliśmy w ogonie innych
wolontariuszy do domu. Rozmawialiśmy o Ibsenie, Hamsunie, o lipcowej
tragedii w Norwegii. Tak rozmawialiśmy i nawet nie zdaliśmy sobie
sprawy, kiedy doszliśmy do ośrodka. Ostatecznie znaleźliśmy się
na końcu naszej avenidy, dalej nie było już nic, tylko drut
kolczasty i pole. No i tak udaliśmy żeśmy się zgubili, że drogi
odnaleźć nie możemy. Niby próbowaliśmy szukać, ale jakoś tak
niechętnie, nawet pod moim barakiem żeśmy byli. W końcu jednak
poszliśmy do pomieszczenia socjalnego, socjalizować się ze sobą
nawzajem. Rozmawialiśmy. Okazało się, że mój przepastny plecak
(chwała mu za jego egzystencje i bezkresne trzewia) skrywał butelkę
po wodzie, a w niej wino. Ach ten mój umysł przezorny i roztropny!
Rozmowa jakoś zeszła na to, że Norweżka gra na pianinie.
Niebiosa. Tutaj się zauroczyłem moją pianistką. Pobiegłem na
złamanie karku do swojego pokoju po mp3, by wspólnie słuchać
muzyki klasycznej. Mp3 nie znalazłem, wysypałem wszystko z plecaka
alpinisty, potem biegłem jak szalony z powrotem, pewnie najpierw
biegła moja głowa, potem reszta ciała. Byłem przestraszony, że
moja łania zbiegła. Nic podobnego, leżała sobie rozpieprzona na
sofie, dołączyłem do niej i zaczęło się słuchanie (mp3
znalazłem w kurtce, która była w socjalu). Poranek z Suity Peer
Gynt. -Edward Grieg! Norweg. -rzuciła. Rozentuzjazmowałem się ta
koincydencją. Potem było już tylko piękniej, wygrywała mi
palcami w powietrzu kolejne utwory, dodając: to łatwe, to trudne.
Potem był Haendel Lascia ch'io pianga; Marzenia miłosne - nr 3
As-dur – Liszta; Chopin. Spoczęcie jej głowy na moim ramieniu, a
potem to co nastąpić niechybnie musiało: dzika całowanina, rzecz
jasna ze słuchawkami w uszach, dla niej jedna, dla mnie druga.
Następnie wykazałem się zmysłem praktycznym i umiejętnościami
technicznymi. Złączyłem drugą kanapę (kształt kanapy Klippan z
Ikei) i tak uzyskaliśmy urocze kwadratowe łóżko na nasze
całowaniony i słuchanie muzyki. Co jakiś czas padało tylko:
Kocham to! W końcu trzeba była porzucić zaabsorbowanie muzykę, na
rzecz zaabsorbowania całowaniem. Zmieniłem folder na zupełnie mi
nieznany i tak sobie końcówkowaliśmy z całowania, by potem zasnąć
i obudzić się o 8.10 w pokoju socjalnym, kiedy to za 20 min, nastać
miała ostatnia wieczerza, tj. śniadanie. Potem zaś odbyły się
ostatnie zajęcia. Na wstępie poproszono nas o oddanie plastykowych
identyfikatorów. Jakie było moje zdziwienie, gdy zamiast siebie
wyjąłem z plecaka Anne G....berg, z Norwegi. Zatem zwie się Anna,
kartkę schowałem do kieszeni -na pamiątkę, plastykowy zaś
identyfikator podałem dalej -na recykling.
-
Polacy 07 lutego 2012, 16:22
Sevilla, El corte ingles, supermarket Mercadona:
krążę sobie między sklepowymi półkami w poszukiwaniu coli, nagle słyszę znany mi język. Dwa regały obok stoją schludnie ubrani Polacy, grupa osób czterech, jakoś po czterdziestce, dno koszyka wypełnione produktami spożywczymi, aktualnie zajmuje ich kwestia być albo nie być, czyli kwestia alkoholu.
-To co, dziś do kolacji pijemy wino, a jutro na śniadanie piwo, czy odwrotnie? -pyta kobieta o duszy organizatora.
-Gośka na śniadanie nie pije. Ja w sumie też pić nie muszę. -mówi ostatnia sprawiedliwa.
-Decyzja musi zapaść teraz. -odpowiada kategorycznie pierwsza.
Na seminarium poznałem dwie padrugi, Polki, a jakże. Wybraliśmy się na zwiedzanie wioszy, w której przebywaliśmy, zwiedzanie ograniczyło się do pierwszego napotkanego baru, czyli małe piwko przed kolacją. Siedzimy w tym małomiasteczkowym barze, co kto wchodzi to robi wytrzeszcz oczu na dwa blond łby i jeden czarny. Ostatecznie jednak lokalna społeczność wraca do swoich spraw, a my zajmujemy się swoimi, wymieniamy doświadczenia, żartujemy, w końcu jednym okiem oglądamy telewizję.
54 ofiary śmiertelne mrozu w Europie. -mówi tytuł reportażu. Ukazane są połacie śniegu, a potem jakieś biedne miasteczko. Szare niebo, ludzie o czerwonych buziach, a zwłaszcza o czerwonych nosach, puchowe kurtki, czapy, ogółem szaruga i bijąca w oczy nędza. Wymieniliśmy się spojrzeniami, pokiwaliśmy porozumiewawczo głowami i wydaliśmy werdykt: to chyba jakaś głęboka Rosja, albo wschodnia Ukraina. Proszę sobie wyobrazić nasze zdziwienie, gdy nagle kamera robi zbliżenie na autobus miejski (coś jak nasz Jelcz), a tam na szybie naklejka MPK RZESZÓW. Rzesz cie kwa ja ptle, Rzeszów! Oczywiście tutaj nastąpił wybuch śmiechu, a potem pokajanie się. Rzeszów zaś stał się hasłem obozu. Ustaliliśmy, że 54 ofiary śmiertelne mrozu, to zapewne ofiary w samym tylko Rzeszowie, a nazwanie go Europą, jest bardzo miłym, jednak zbyt łatwym uproszczeniem. Aktualnie i Hiszpania przeżywa swój Rzeszów, fala zimna dotarła i tutaj. W samym moim mieście mamy już jedną ofiarę śmiertelną, solił starszy pan i przesolił, upadł i rozbił łeb.
Telewizor był stałym kompanem naszych posiadówek przy piwie, pogoda, el frio siberiano, zajmował chyba wszystkich hiszpańskich dziennikarzy, a relacje dotyczące pogody zdominowały wiadomości. W pewnym momencie puszczono ujęcia z różnych krajów, wypowiedzi różnych osób, ich reakcja na zimno. Pojawiła się seksowna babeczka z Londynu, młody chłopak z Amsterdamu i trzęsąca się z zimna staruszka w berecie, rzecz jasna z Polski, nie zdziwię się jeśli z Rzeszowa. Kobieta wypowiedziała tylko te kilka słów: Ale mówili, że śniegu miało nie być. -w głosie tym było wszystko, rozpacz, rezygnacja, rozczarowanie rządem, gorycz na zamieszanie z receptami, wkurwienie na zbyt krótki dzień i wiecznie pokryte chmurami niebo. W głosie tym był sam smutek.
Oczywiście naszą reakcją znowuż był śmiech. Chociaż w momencie refleksji przysiadam nad tym obrazkiem kobiety zakodowanym w moim łbie i uronię łzę nad jej smutną dolą. Zwłaszcza, że tutaj stare baby żyją zupełnie inaczej. To jest poziom życia!

