chinszpania

  • O mnie
  • RSS

Kategorie

    Linki

      Archiwum

      • 2012

      • luty
      • styczeń
      • 2011

      • grudzień
      • listopad
      • październik
      • Przepis 22 lutego 2012, 10:42

        Komentuj (0)

        Moje kreatury mają karnawał, a ja mam wolne. W czasie wolnym oddaję się różnym przyjemnościom, łączę pożyteczne z przyjemnym i na ten przykład gotuję. Tak sobie czytam przepisy o 00:06 i w końcu notuję co następuje:
        Kurwa ja
        pierdole. Inaczej zareagować nie mogę. Po północy minut 6, czytam przepisy
        kulinarne, żeby wiedzieć co nowego można przyrządzić i natrafiam na taki
        przepis.

        Pierwsze
        słowa:

        ok. 50 dag mięska mielonego.
        No żesz k...!

        A potem już z górki:
        łycha przecieru
        pomidorowego
        . Cebulę pokroić i podsmażyc
        oleju, dorzucić mielone
        mięsko (ja
        dodaję własnoręcznie zmieloną chudą
        wołowinkę)
        i podsmażyć na dużym ogniu,
        doprawiając solą i
        pieprzem. Wpakować to do
        garnuszka
        razem z kukurydzą, pokrojoną w kostkę
        papryką i ogórkami (ja
        użyłam 2 średnich ogórasów,
        ale można więcej - w
        oryginale było 5). Dołożyć oba
        rodzaje fasoli z puszki
        albo wcześniej namoczoną i
        ugotowaną fasolkę.
        Ta, którą sami ugotujemy nie
        będzie się tak rozpadać,
        ale puszkowa jest
        niezastąpiona dla
        wszystkich leniuchów.
        Składniki należy zalać
        wrzątkiem z kostką rosołową i
        pogotować z kwadransik
        aż papryka nieco zmięknie.
        Teraz wystarczy doprawić zupkę
        przecierem
        pomidorowym, solą, pieprzem
        i ostrą papryką.
        Zupa powinna wyjść gęsta,
        ale jeśli komuś się ręka
        omsknie i wleje ciut za
        dużo wody, to może sobie
        zagęścić odrobiną mąki. Podaje się to cudo ze
        startym żółtym serem i
        bagietką albo jakąś inną bułeczką. Przepis jest autorstwa Ani
        z Krakowa
        z listy dyskusyjnej pl.rec.kuchnia
        Autorka do zupki dodaje
        jeszcze czosnek i curry.

         Do autorki: Droga ANIU z Krakowa, chuj ci w
        dupkę za te twoje formy deminutywne i inne dziadostwa, jesteś do cholery dorosłą kobitą, a nie
        10latką!




        Komentuj (0)

      • Zima na ramiona moje spadła... 20 lutego 2012, 10:41

        Komentuj (0)


        Zima na ramiona
        moje spadła, niewinnością białym śniegiem...-mała poprawka, nie
        na moje ramiona, a na wasze. Zamiast spadła chyba lepiej powiedzieć
        przysypała. Białym śniegiem? Białość z pewnością gdzieś się
        ostała, dominuje pewnie szarość -błota pośniegowego i żółć
        psiej (i ludzkiej) uryny. Podczas gdy wy wciąż musicie oczekiwać
        na przebitki psich kup spod śniegu (które niechybnie oznaczają
        nadejście wiosny). Ja powolutku rozdziewam swoje nowe szaty króla,
        zasadzam dupsko na fotelu, fotel zaś na balkonie, wyciągam kopyta,
        włączam mp3 i wystawiam twarz (czy też ryj -jak to mówio młodzi)
        do słońca. I nie mówię, że jest źle, bo jest fantastycznie. Nie
        mogę przestać, już około sześciu godzin ta przepędziłem
        (należy zauważyć, że robi się tu ciemno dopiero o 19 -w obecnym
        momencie). Tak też grzeje się w lutowym słońcu i myślę o was
        ciepło. Słońce jest idealne, daje radość, ale nie męczy,
        grzeje, ale nie poci. Kiedy nudzi mi się już pozycja siedząca,
        zmieniam miejsce wypoczynku na swój pokój, otwieram okno, kładę
        się na łóżku, kopyta wyrzucam na parapet i słońce łapię w
        pozycji horyzontalnej. W tak wygodnej pozie można nawet przysnąć.



        Ja tu o
        pogodzie, a miałem przecież o miłości i o młodości. Widać jaka
        jest u mnie lista priorytetów.


        Zatem na
        wspomnianą już wcześniej kolację mojej kompaniery mieszkaniowej,
        ostatecznie przyszły tylko dwie osoby, plus ja z półtoragodzinnym
        spóźnieniem (zapowiedzianym, byłem w kinie). Nie powiem, nawet
        współczucie się we mnie odezwało, że tylko dwie osoby przyszły
        na tę jej kolację. Zatrzymam się jednak przy owej dwójce, oboje
        ładni, oboje weseli, ona przy tym inteligentna i miła, on ignorant
        z czymś na kształt ADHD. Tak też spotkali się Belg i Hiszpanka.
        Lat 18. No i tak patrzę na te ich poradne, czy też nieporadne
        podrywki, na te podwale. Nie no to nie są podwale, to nie jest nic
        co wzbudza drwinę, to raczej wzbudza rozczulenie. Kiedy to było
        kochani znajomi? Kiedy to wy mieliście po lat naście i byliście
        zakochani? Kiedy to wy tak niewinnie szukaliście każdej okazji to
        dotknięcia wybranka/wybranki? Wszystko pięknie, tylko jest jeden
        problem, problem zasadniczy -czteroletni związek dziewczyny, a co za
        tym idzie jej chłopak. Tak też skreślona sytuacja rodzi sytuację
        dramatyczną, Romeo i Julia -jak podsumowała moja współlokatorka w
        nocy w kuchni (kiedy tamtych dwoje stało spłakanych na klatce
        schodowej od minut dwudziestu). Ja bym się nie posuwał tak daleko w
        tych literackich analogiach, darowałbym sobie też omawianie całej
        sytuacji dramatycznej. Z uwagi jednak na chęć poprawy stosunków z
        sublokatorką rozmawiam z nią o tym (zwyczajnie inne tematy nie
        istnieją). Zatem zawikłane położenie kochanków mnie niewiele
        obchodzi. Ale fakt jacy byli niewinni w tych swoich czułościach,
        nie-czułościach, bo w końcu na nic konkretnego pozwolić sobie nie
        mogli w mojej obecności. Ale kochani, stary wyga wypatrzy te
        muśnięcia dłonią, te przepychanki o siedzenie, te objęcia,
        podnoszenia na rękach, te czułe słówka, toż samo oko zobaczy
        brak reakcji ze strony białogłowy. Nie ukróci sytuacji, nie zrzuci
        ręki, nie da po gębie, nie powie you better stop, stop beforeee. Ja
        to widzę. Widzę, uśmiechnę się pod wąsem i czuje się jak stary
        dziad. Niby tylko lat dwadzieścia i cztery mi zaraz stuknie, czyli
        młodość w rozkwicie, ale tak człek patrzy, i duma, i się czuje
        stary. A że ta subtelność i niewinność jest czymś innym w
        porównaniu do tego co widuję na naszych spotkaniach towarzyskich
        moi drodzy znajomi, to chyba tłumaczyć nie muszę. No, ale kto jest
        bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem, ja nie rzucam, kamień
        chowam zza pazuchę.





        Komentuj (0)

      • wino-GRONA GNIEWU 17 lutego 2012, 15:03

        Komentuj (0)

        Kropla, do
        kropli, aż czarka się przeleje i staniesz się najgorszym
        doświadczeniem mojego wolontariatu. Od czego się zaczęło:


        Moja
        współkompaniera-współtowarzyszka w pełnej konspiracji zaczęła
        zapraszać ludzi z naszej pracy na piątkową kolację, rzecz jasna
        nic mi o tym nie wspominając. Moje uważne ucho zasłyszało
        fragment rozmowy: dziewczyna z pracy: -A to zapraszacie nas na
        kolacje. Ona (współ-mierda): -Nie to JA zapraszam. -I się zaczęło.
        To prawda wcześniej ja zapraszałem ludzi, bo z jej strony nigdy nie
        było żadnej inicjatywy, ale zawsze zapraszałem w naszym imieniu:
        Zapraszamy. Nigdy: Zapraszam.


        Przez następne
        dwa dni padały pytania kierowane do mnie: -Kto do Was przyjdzie? -To
        w piątek widzimy się u was?


        Odpowiadałem:
        nie wiem, nie ja to organizuje, ponadto nie jestem zaproszony.


        Dziś
        starszyzna pracownicza (odpowiednio 30, 35, 34 lata) zapytała mnie o
        kolację (zaproszeni nie zostali). Odpowiedziałem tak jak to robiłem
        już wcześniej. Padło pytanie: ale jak to, to nie rozmawiacie?
        Rozwinąłem temat, powiedziałem, że to gówno nie konwiwencja,
        opowiedziałem o zostawionych łyżeczkach i kubkach, które czekają
        na mnie dwa dni (kiedy jestem w podróży), bo dla mojej
        współlokatorki to zbyt wiele -zmyć je. Opowiedziałem o
        proponowanych przeze mnie wspólnych posiłkach (początek
        listopada), opowiedziałem o braku wzajemności, o antypatii i
        aspołeczności swojej towarzyszki. Wszyscy zresztą sami mogą to
        zaobserwować, bo wyżej wymieniona nie uczestniczy w kolacjach
        pracowniczych, nie wychodzi. Krąży tylko między domem, pracą i
        biblioteką, gdzie jest internet. W domu zaś krąży między swoim
        pokojem i salonem, gdzie gapi się w pudło. Popołudniu doszło do
        rozmowy z mediatorem, czyli z naszą tutorką. Padły słowa o tym,
        że wiedzą, że nie żyje nam się dobrze wspólnie, ale że możemy
        chociaż próbować lub udawać w pracy. Tutorka wyciągnęła sprawę
        kolacji (która w innym wypadku by nie wypłynęła). Sublokatorka
        stwierdziła, że nie robi niczego czego ja nie robiłbym wcześniej,
        że zawsze dowiaduje się o wizytach, na godzinę lub dwie przed
        faktem (co w większości wypadków jest prawdą, ale powiedzcie mi
        czy da się inaczej? Ludzie nigdy nie wiedzą, kiedy przyjdą, zawsze
        przychodzą w większej ilości niż zapowiedziana). Ona zaś
        potrzebuje czasu żeby się nastawić, akurat jest smutna wyjazdem
        swojego narzeczonego. No i kurwa co? Na szczęście personifikacja
        prawdy w postaci mojej tutorki zarzuciła sublokatorce egoizm:


        -Zapraszasz
        przyjaciela na miesiąc, narzeczonego na dwa tygodnie, siostrę na
        kilka dni, a on nie może zaprosić znajomych na kolację? Jak często
        ich zapraszasz?(to do mnie)


        Zapraszam dwa
        razy w miesiącu, jak widać to zbyt dużo, bo jeśli zapraszam
        wspólnych znajomych to musi być to zapowiedziane, nie wiem jak bo
        nie posiadam wiedzy o godzinie odwiedzin, czy ilości osób. Padają
        też jej słowa -Wcześniej ustaliliśmy, że będą nas odwiedzać
        nasi znajomi, nie moja wina ŻE DO NIEGO NIKT NIE PRZYJEŻDŻA.


        Nie, nie
        przyjeżdża, ale nie mam problemu z tym że zaprasza swoich
        znajomych, ale niech mi łachudra nie wypomina organizowania kolacji.
        Mogę zapraszać każdego, ale nie tych których ona zna, bo wtedy
        czuje się zobligowana do siedzenia z nimi. Moja wina, że jest
        aspołeczna?


        Padły słowa o
        tym, że jestem najgorszą częścią jej wolontariatu i że żyje
        się ze mną/nam fatalnie (i z wzajemnością cipsonie) -co rzekłem,
        bez epitetu jednak.


        I co jeszcze
        mogę napisać? Nic właściwie, kwintesencja zawartą została, a
        teraz buzuję się na wieczorną rozmowę, która nastąpi za trzy
        kwadranse. Skoro powiedziało się A, to trzeba też powiedzieć B,
        ale też X,Y i Z. Oznacza to przestudiowanie całej zawartości
        bloga, żeby nie zapomnieć o ani jednej rzeczy do wypomnienia, czyli
        wspólne kolacje proponowane przeze mnie, techniczna organizacja
        całego naszego życia, organizacja hostelów, poruszanie się z mapą
        po Saragossie, nieumyte łyżeczki i kubki, niepościelone łóżko
        po wspólnej znajomej, które oczekiwało na mój powrót z Andaluzji
        2 dni, może też upomnę się o zwrot kosztów za spinacze do prania
        (0.75centów), drewnianą łopatkę do jedzenia (2 euro) i inne
        pierdolety, tak, będę małostkowy, tak będę dziadem.


        Sam jej
        argument, największym jej problemem jest to, że nie zawiadamiam z
        odpowiednim wyprzedzeniem o wizytach, nie chodzi o to, że wspólne
        życie nie wychodzi, że nie prowadzimy wspólnego gospodarstwa, nie
        gotujemy, nie jemy razem. Nie, z jej strony nie o to chodzi. Z mojej
        i owszem, nigdy mi nie zaproponowała, że coś kupi skoro idzie do
        sklepu, ja tak, nigdy nie otworzy skrzynki na listy, bo ja to zrobię,
        nigdy nie skontaktuje się z właścicielką mieszkania bo ja to
        zrobię, nigdy nie podejmie hydraulika o 8 rano, bo ja to zrobię.
        Koniec Nigeryjko, Frido wracaj do (to już kod zrozumiały dla jednej
        osoby). Pieprz się łachudro, od jutra wszystko w twoich leniwych
        łapach, dziel kurwa i rządź leniwa krowo. Pierdolona czereśnia.

        21.10-pierwsza
        próba, nieudana -jest w kiblu


        21.25 -druga
        próba, nieudana -wciąż w kiblu. Albo sra, albo podcina żyły,
        mycie się jest wykluczone z powodu braku dźwięku włączonej
        wody. Chce mi się siku.


        21.29
        -wyszła, idę siku, a potem porozmawiać. Papieros na PO już
        przygotowany.
        21.30 -Zapomniałem
        o ostatniej możliwości -demontaż sztucznych włosów, w ramach
        przygotowań do przyodziania nowej peruki. Rozmowa przesunięta na
        najbliższą przyszłość. Pet.

        Dramat!
        Skończyły mi się bibułki do szlugów. Matka potrzebą wynalazku,
        a historia vitae magistra. Przypomniałem sobie Bachtina, któremu
        w czasie II Wojny Światowej skończyła się bibuła do papierosów,
        a który bez szlugów przetrwać nie mógł i postanowił spalić
        swoją opasłą książkę o Dostojewskim -użył stron w charakterze
        bibułki. Zrobiłem to samo, tyle że z opakowaniem od pocztówek.
        Tak też skonstruowałem najładniejszego papierosa w moim życiu.
        Wróćmy jednak do rzeczy. Do 23 czekałem na rozmowę, włączyłem
        sobie telewizor (pierwszy raz od grudnia oglądałem tv wieczorem).
        Trafiłem na program w stylu Szymona Majewskiego, tyle że
        zabawniejszy. Z rudym gościem i piękną modelką w charakterze
        zaproszonej. Udzielił mi się wesoły nastrój rozmówców i jakoś
        tak napięcie we mnie się zmniejszyło. Po 23 rozmowa rozpoczętą
        została. Była to rozmowa wyważona, szczera i konstruktywna. Nie
        wytknąłem w końcu tych spinaczy i drewnianej łopatki, zabrakło
        na nie miejsca w naszym dialogu. Wymieniliśmy krytyczne uwagi na
        swój temat, na temat niezmywania przez nią łyżeczek i skrzynki na
        listy. Ona ze swojej strony wytknęła mi okruszki po chlebie
        zostawiane w zlewie oraz paprochy podłogowe skrzętnie zamiatane za
        drzwi od kuchni lub w pobliże śmietnika. Z rzeczy bardziej ważnych
        wytknęła mi nieinformowanie jej o planowanych wizytach z
        odpowiednim wyprzedzeniem. Wytknęła zaskoczenie jej o 14.30 w
        sobotę w piżamie i z brudnymi talerzami w salonie „ Bo jak ty byś
        się czuł w takim momencie?”. Nie potrafię się wczuć w
        sytuację, trudno mi wyobrazić sobie siebie o tej godzinie w
        powijakach na salonach. Jeśli tak gniję, to tylko u siebie w
        pokoju. No i o ten pokój też się rozeszło, że się zamykam w
        swojej pustelni i współkompaniera (już nie łajdaczka i łachudra)
        nie chce mi przeszkadzać. Główną przyczyną narastającego
        konfliktu jest duma i uprzedzenie. Żadne z nas nie podejdzie
        pierwsze, nie rozpocznie tematu, nie zaproponuje nic drugiemu, nie
        wytknie mu wkurwiczynków dnia codziennego. No i co? W sumie to
        czuje, że rozmowa oczyściła atmosferę. Zatem na pytanie Czy warto
        rozmawiać? (w tym miejscu składanie rąk na Pospieszalskiego).
        Odpowiadam: Tak, warto! Okruchy odtąd spłukiwać będę wodą, a
        paprochy zamiatać prosto do śmietnika. Postanowiłem też więcej
        proponować sublokatorce mimo iż nadal twierdzę, że towarzystwo z
        niej żadne i że nie mamy o czym z sobą rozmawiać. W sumie
        sytuacja się wyklarowała, chociaż postawiła nas w nowej sytuacji,
        która przedstawia się następująco: osoby, które nie są siebie
        ciekawe i nie przepadają za sobą próbują utworzyć jakąś
        relację. Zastrzegliśmy jednak, że nic na siłę. Co pozostaje
        wentylem bezpieczeństwa.


        Na sam już
        koniec dodam, że w grę weszła też Zazdrość i medycyna.
        Zazdrość: sublokatorka w ramach projektu personalnego robi rysunki
        do pracy. Ja z czystej przyjemności, w ramach hobby też zacząłem
        je robić, nie żeby konkurować, nie żeby pokazać kto ma lepszą
        kreskę (nulla dies sine linea), większą wyobraźnie (ja), a kto
        tylko przerysowuje znane postacie z kreskówek (ona). Sublokatorka
        poczuła się w tym miejscu urażona, wszakże ukradziono jej
        projekt. Nie to było moją intencją, w końcu rysunki nie są
        częścią mojego projektu personalnego. A, że są lepsze...No
        cóż...Bozia nierówno obdarza talentami. Tym narcystycznym akcentem
        kończę tę nieprzyzwoicie długą notkę i udaję się na
        spoczynek. Życzyć mi proszę lepszego jutra.


        *Na kolację
        celowo mnie nie zapraszała, żeby powiedzieć mi o niej 2,3 h
        wcześniej, żebym poczuł się zaskoczony i zaskoczył, że ją to
        denerwuje, ergo zmienił swoje postępowanie. Te 3 h wcześniej by
        mnie w żadnym wypadku nie rozsierdziły, jestem przyzwyczajony do
        improwizacji. Jak wiadomo bardziej zdenerwowało mnie to: Ja
        zapraszam. Gdzie z jej strony JA było chwytem czysto gramatycznym:
        „Bo skoro ja zapraszam, stoję sama, to używam 1 os.l.poj.) A
        pomyśleć, że w październiku nawet wyszliśmy razem pobiegać!
        Szczerze to ona i tak zawsze ma minę srającego kota, co mnie
        denerwuje, ale tego już jej nie powiedziałem. -brak w frazeologii,
        zresztą nie chciałem insultować po tym przeczyszczeniu.


        Komentuj (0)

      • Zapowiedź 16 lutego 2012, 19:10

        Komentuj (0)

        Już jutro, gorąca notka  pt. Moja współlokatorka i współpracownica zarazem to jedno wielkie głupie cipsko ze sztucznymi włosami doczepianymi co 2 msce, które zbierać muszę ze swojego dywanu mimo iż w pokoju moim nie bywa. Notka pełna emocji, goryczy i bluzg. Traktować będzie między innymi o tym jak osoba, która gości kolejno: przyjaciela przez miesiąc, narzeczonego przez 2 tyg. i siostrę kilka dni, śmie wypominać mi, że organizuję spotkania towarzyskie w naszym mieszkaniu ( około dwa razy na miesiąc).
        Jebana pomyja! Dziś czara goryczy się przelała, będą łzy, pot i jazgot.
        AAAAAAAAAA

        Komentuj (0)

      • Powrót do szkół 15 lutego 2012, 19:12

        Komentuj (0)


        Poranek,
        prawdziwy poranek, godzina 8. Od niepamiętnych (polskich) czasów
        wychodzę z mieszkania tak wcześnie i kroczę po ulicy razem z ludem
        pracującym i uczącym się. Jednak życie o 8 rano tu istnieje.
        Wsiadam do autobusu, jak za starych i nie takich znowu dobrych
        czasów, kiedy to tłukłem się 23 na Stare Miasto. Pogoda lutowa,
        czyli polska jesień, zimno, szaro, pada deszcz -swojsko. Wchodzę do
        budynku, przed budynkiem młodzież, w środku zapach pasty do
        podłogi, po kilku kwadransach rozlega się dzwonek. Co to wszystko
        może oznaczać? Powrót do szkoły! Tak, tak moi mili, wkroczyłem
        do przybytku przypominającego szkołę. Szkoła języków obcych dla
        imigrantów, to tu polepszać będę swój hiszpański. Pani profesor
        -filolog pa prafesji, koleżanka po fachu -tak teraz już koleżanka,
        wszakże i ze mnie jest filolog. Krótka rozmówka o Szymborskiej
        (zainicjowana przez profesorkę), kolejny test poziomujący i w końcu
        zajęcia. Na zajęciach: kobieta po 40, wyglądająca na Rosjankę;
        kobieta po 60 pewnie też Rosjanka, troje denerwujących ludzi z
        Bułgarii, dwoje Afrykańczyków, w tym jeden śpiewający i
        bekający, moja nieszczęsna kompaniera mieszkaniowa, dwie Chinki,
        Arabka -Fatima i ja. W czasie zajęć ćwiczenia gramatyczne.
        Mieliśmy życzyć czegoś innym uczestnikom ćwiczeń. Chodziło o
        nauczenie się koniunktiwu, wyszła chwila prawdy: Afrykańczyk
        pożyczył Chince, żeby była ładniejsza; Chinka profesorce żeby
        była lepszym człowiekiem; 60letnia Rosjanka pożyczyła sobie w
        końcu bycia szczęśliwą. Potem mieliśmy powiedzieć o nas
        irytuje: co mnie irytuje w mojej współlokatorce, powiedz jej to.
        Oczywiście rzuca się milijon myśli, w końcu wybieram najmniej
        moim zdaniem chamską: myjesz się zbyt długo, ona zaś wybiera
        zupełnie bez sensu, irytuje ją, kiedy ludzie ją naśladują.
        Zapytana o argumentację, poproszona o rozwinięcie milknie. Arabka
        skarży się na powszechne u Hiszpanów kłamstwo, profesorka próbuje
        wybrnąć pokrętną teorią socjologiczną mówiącą, że każdy
        człowiek kłamie dziennie około 50 razy. Przy innej okazji Bułgarzy
        przeszkadzają sorce prowadzić zajęcia, Afrykańczyk ich napomina,
        Bułgar insultuje Afrykańczykowi nazywając go głupim, Afrykańczyk
        się wzburza, a ja oczami wyobraźni widzę ustawkę po lekcjach,
        czyli wyrównanie rachunków za pomocą noży i pięści. Tak też
        minęły pierwsze zajęcia. Poza lekcją chamstwa, braku wychowania,
        smutku i goryczy życia 60letniej kobiety, powtórzyłem też
        koniunktyw.


        Komentuj (0)

      • Moje wielkie cygańskie wesele. 13 lutego 2012, 10:25

        Komentuj (0)

        Tusz spłynął z rzęs, pierwsza
        herbata została wypita, a zegar wybił 14, czas opisać moje wielkie
        cygańskie wesele. Pan młody był ze mnie jak się patrzy. Mój
        królewski splendor był na tyle wielki, że czarował wielu ludzi,
        płci obojga, co niestety zaowocowało podczas swatów i ostatecznie
        podczas łączenia mnie węzłem małżeńskim. O jakieś 14 na Plaza
        de Navarreria poznałem swoją prometidę, czyli obiecaną mi
        narzeczoną. Piękna białogłowa, lat 17, co uniemożliwiało
        ewentualną konsumpcję małżeństwa. Na obiedzie dla stu osób
        wymieniliśmy podarki, ona dostała kwiat z balonów, ja zaś od niej
        otrzymałem obrączkę schowaną w piętce od chleba. Potem
        odśpiewano Que bonito esta el noviooo, el noviooo que bonito estaaa,
        esta. Czy jakoś tak. To samo odśpiewano mojej narzeczonej. W ciągu
        całego dnia najwięcej było paradowania po ulicy, z naszym wózkiem
        i kozą, symbolem mojej dzielnicy. Przygrywała nam cygańska muzyka,
        orszak rozpoczynał jakiś 30 latek w podskokach, wespół ze swoim
        psem, który również skakał, a raczej ciągnięty był do góry
        przez swego właściciela-potwora. W końcu o 19 na Plaza de San
        Francisco doszło do ślubu. Ślub poprzedziła gorąca debata na
        temat zawartości semantycznej wyrazów pederasta i pedofil (to w
        czasie rozmów prywatnych). Dla Hiszpanów to to samo. Próbowałem
        wespół z Francuzką wytłumaczyć nie taką znowu subtelną, a
        wręcz dość wyraźną różnicę między dwoma pojęciami.
        Bezskutecznie. No i rzeczony już ślub. Na placu mieliśmy czterech
        narzeczonych i trzy narzeczone, pani wenerolog dokonała połączenia
        par. Połączenie to było dosyć arbitralne i swobodne. A jeśli
        takim było, to ktoś musiał na tym ucierpieć i tym kimś byłem
        ja, no i mój... mąż. Tak,tak. Jedna para była po bożemu, chłop
        i baba. Trzecia para to mały harem, chłop i dwie kobiety. Druga
        para to małżeństwo gejowskie. Tak też połączono mnie węzłem
        małżeńskim z chłopakiem z Czantrei. Możliwości ucieczki nie
        było, utrudniały to tłumy ludzi dookoła, matki, dzieci i ojcowie.
        Tak też połączono nas tym węzłem małżeńskim, potem nastąpił
        pocałunek, na szczęście moja peleryna poza tym, że była ładna,
        była też praktyczna, umożliwiła mi, albo lepiej powiedzieć,
        umożliwiła nam, skrycie „sekretu naszej miłości” pod
        peleryną. Czyli mówiąc prościej, pozwoliły na uniknięcie
        pocałunku,przy jednoczesnym zadowoleniu zgromadzonej gawiedzi.

        A potem było już tylko wesele, czyli
        impreza.

        Jedna uwaga, Hiszpanie, w każdym
        razie ci z mojej pracy, nie mówią: „Zmieniamy miejsce, idziemy do
        innego”. Oni nie informują, oni po prostu zmieniają miejsce i
        szukaj. Kiedy zwraca się uwagę na ten ich niecny proceder,
        odwracają kota ogonem i w końcu to ja się czuje winny, że nie
        wiedziałem, gdzie idą.


        A no i kiedy
        pytają jak ci się podoba święto/impreza nie
        powinno się odpowiadać, spokojnie, bez emocji (tak jak ja):
        dobrze, dobrze, podoba mi się. To ich nie satysfakcjonuje. Trzeba
        trochę krzyknąć, wpaść w dziki entuzjazm i wzmocnić to „dobrze,
        dobrze” do „świetnieeee, genialnie! Jestem bardzo szczęśliwy”.
        Kiedy usłyszą taką odpowiedź, jest już dobrze, odpowiadają
        uśmiechem, niektórzy też trzęsieniem głowy na Jandę, kiedy mówi
        o swoim teatrze, z ich strony pada zwrotne: Genial! Muyy bien! I już
        jest w porząsiu. Nie ma co się porywać na szczerość, bo to tutaj
        nie przechodzi.

        zareczyny, a ponizej slub





        Komentuj (0)

      • klątwa mariah carey 10 lutego 2012, 11:47

        Komentuj (0)

        od paru dni nie mogę się nadziwić czemu nuci mi się "all I want for christmas is you".
        dzisiaj odpowiedź spadła z nieba niczym manna, wraz z podmuchami mroźnego wiatru.
        oto mamy pirszy śnieg tego roku.
        w związku z ogólnym zaskoczeniem i towarzyszącym mu przemarznięciem, pragnę zilustrować swój stan ducha:


        Komentuj (0)

      • Metamorfozy -niekoniecznie Owidiusza. 08 lutego 2012, 12:45

        Komentuj (0)


        Kiedy matka ost. Raz mnie widziała na
        skype powiedziała -o chyba się poprawiłeś na buzi -eufemizm.
        Zwyczajnie nie chciała powiedzieć: zrobiła się z ciebie gruba
        świnia. Ale ja to wszystko wiem, zresztą czego można się było
        spodziewać po takim trybie życia, np. dziś: na śniadanie
        McDonald's, na obiad KFC, na kolację Burger King. Ciała się nie
        oszuka, lustra też nie, chociaż można próbować...Nieobcinanie
        włosów: loki ukryją zwały tłuszczu, noszenie okularów
        przeciwsłonecznych -nikt nie zobaczy ze zamiast
        zielonych/niebieskich oczu, zostały już tylko małe świńskie
        szparki; niedogolenie ukryje drugi (albo i czwarty) podbródek. Tak
        też z Dawida z głową Goliata, którego widzieliście w czerwcu,
        przeistoczyłem się w samego Goliata. Nie, nie prawda. Wszystek to
        blaga. Chociaż Dawidem już nie jestem, to fakt.


        Komentuj (0)

      • Ibsen, Hamsun, Grieg, Norweżka. 08 lutego 2012, 12:44

        Komentuj (0)


        Wracam zatem do historii z Norweżką.


        Seminarium miało miejsce w mieścinie
        Mollina, jakieś półtorej godziny od Malagi. 80 osób z 26 krajów,
        wśród nich i ja.


        Ośrodek prezentował się jak to
        ośrodek pracowniczy, tyle że na dobrym poziomie. Mieliśmy avenidy
        i ulicę (okażą się one dość istotne z punktu widzenia historii,
        która później się rozegrała). Ostatni wieczór przepędziłem
        tak jak i inne, na integrowaniu się w pokoju Niemki, a potem w
        lokalnej tancbudzie. Każdy sobie trochę chlapnął, przytupnąłem
        nawet nogą (a kto mnie zna, niech doceni). Nagle ni z gruszki ni z
        pietruszki, można by powiedzieć, że z tak modnej ostatnio mgły,
        wyłoniła się Norweżka. Moje oko nigdy jej nie wyłapało z tłumu
        ludzi. Nagle znaleźliśmy się blisko siebie, nasze wstawione ciała
        obijały się o siebie, kiedy tak szliśmy w ogonie innych
        wolontariuszy do domu. Rozmawialiśmy o Ibsenie, Hamsunie, o lipcowej
        tragedii w Norwegii. Tak rozmawialiśmy i nawet nie zdaliśmy sobie
        sprawy, kiedy doszliśmy do ośrodka. Ostatecznie znaleźliśmy się
        na końcu naszej avenidy, dalej nie było już nic, tylko drut
        kolczasty i pole. No i tak udaliśmy żeśmy się zgubili, że drogi
        odnaleźć nie możemy. Niby próbowaliśmy szukać, ale jakoś tak
        niechętnie, nawet pod moim barakiem żeśmy byli. W końcu jednak
        poszliśmy do pomieszczenia socjalnego, socjalizować się ze sobą
        nawzajem. Rozmawialiśmy. Okazało się, że mój przepastny plecak
        (chwała mu za jego egzystencje i bezkresne trzewia) skrywał butelkę
        po wodzie, a w niej wino. Ach ten mój umysł przezorny i roztropny!
        Rozmowa jakoś zeszła na to, że Norweżka gra na pianinie.
        Niebiosa. Tutaj się zauroczyłem moją pianistką. Pobiegłem na
        złamanie karku do swojego pokoju po mp3, by wspólnie słuchać
        muzyki klasycznej. Mp3 nie znalazłem, wysypałem wszystko z plecaka
        alpinisty, potem biegłem jak szalony z powrotem, pewnie najpierw
        biegła moja głowa, potem reszta ciała. Byłem przestraszony, że
        moja łania zbiegła. Nic podobnego, leżała sobie rozpieprzona na
        sofie, dołączyłem do niej i zaczęło się słuchanie (mp3
        znalazłem w kurtce, która była w socjalu). Poranek z Suity Peer
        Gynt. -Edward Grieg! Norweg. -rzuciła. Rozentuzjazmowałem się ta
        koincydencją. Potem było już tylko piękniej, wygrywała mi
        palcami w powietrzu kolejne utwory, dodając: to łatwe, to trudne.
        Potem był Haendel Lascia ch'io pianga; Marzenia miłosne - nr 3
        As-dur – Liszta; Chopin. Spoczęcie jej głowy na moim ramieniu, a
        potem to co nastąpić niechybnie musiało: dzika całowanina, rzecz
        jasna ze słuchawkami w uszach, dla niej jedna, dla mnie druga.
        Następnie wykazałem się zmysłem praktycznym i umiejętnościami
        technicznymi. Złączyłem drugą kanapę (kształt kanapy Klippan z
        Ikei) i tak uzyskaliśmy urocze kwadratowe łóżko na nasze
        całowaniony i słuchanie muzyki. Co jakiś czas padało tylko:
        Kocham to! W końcu trzeba była porzucić zaabsorbowanie muzykę, na
        rzecz zaabsorbowania całowaniem. Zmieniłem folder na zupełnie mi
        nieznany i tak sobie końcówkowaliśmy z całowania, by potem zasnąć
        i obudzić się o 8.10 w pokoju socjalnym, kiedy to za 20 min, nastać
        miała ostatnia wieczerza, tj. śniadanie. Potem zaś odbyły się
        ostatnie zajęcia. Na wstępie poproszono nas o oddanie plastykowych
        identyfikatorów. Jakie było moje zdziwienie, gdy zamiast siebie
        wyjąłem z plecaka Anne G....berg, z Norwegi. Zatem zwie się Anna,
        kartkę schowałem do kieszeni -na pamiątkę, plastykowy zaś
        identyfikator podałem dalej -na recykling.


        Komentuj (0)

      • Polacy 07 lutego 2012, 16:22

        Komentuj (0)

        Sevilla, El corte ingles, supermarket Mercadona:
        krążę sobie między sklepowymi półkami w poszukiwaniu coli, nagle słyszę znany mi język. Dwa regały obok stoją schludnie ubrani Polacy, grupa osób czterech, jakoś po czterdziestce, dno koszyka wypełnione produktami spożywczymi, aktualnie zajmuje ich kwestia być albo nie być, czyli kwestia alkoholu.
        -To co, dziś do kolacji pijemy wino, a jutro na śniadanie piwo, czy odwrotnie? -pyta kobieta o duszy organizatora.
        -Gośka na śniadanie nie pije. Ja w sumie też pić nie muszę. -mówi ostatnia sprawiedliwa.
        -Decyzja musi zapaść teraz. -odpowiada kategorycznie pierwsza.

        Na seminarium poznałem dwie padrugi, Polki, a jakże. Wybraliśmy się na zwiedzanie wioszy, w której przebywaliśmy, zwiedzanie ograniczyło się do pierwszego napotkanego baru, czyli małe piwko przed kolacją. Siedzimy w tym małomiasteczkowym barze, co kto wchodzi to robi wytrzeszcz oczu na dwa blond łby i jeden czarny. Ostatecznie jednak lokalna społeczność wraca do swoich spraw, a my zajmujemy się swoimi, wymieniamy doświadczenia, żartujemy, w końcu jednym okiem oglądamy telewizję.
        54 ofiary śmiertelne mrozu w Europie. -mówi tytuł reportażu. Ukazane są połacie śniegu, a potem jakieś biedne miasteczko. Szare niebo, ludzie o czerwonych buziach, a zwłaszcza o czerwonych nosach, puchowe kurtki, czapy, ogółem szaruga i bijąca w oczy nędza. Wymieniliśmy się spojrzeniami, pokiwaliśmy porozumiewawczo głowami i wydaliśmy werdykt: to chyba jakaś głęboka Rosja, albo wschodnia Ukraina. Proszę sobie wyobrazić nasze zdziwienie, gdy nagle kamera robi zbliżenie na autobus miejski (coś jak nasz Jelcz), a tam na szybie naklejka MPK RZESZÓW. Rzesz cie kwa ja ptle, Rzeszów! Oczywiście tutaj nastąpił wybuch śmiechu, a potem pokajanie się. Rzeszów zaś stał się hasłem obozu. Ustaliliśmy, że 54 ofiary śmiertelne mrozu, to zapewne ofiary w samym tylko Rzeszowie, a nazwanie go Europą, jest bardzo miłym, jednak zbyt łatwym uproszczeniem. Aktualnie i Hiszpania przeżywa swój Rzeszów, fala zimna dotarła i tutaj. W samym moim mieście mamy już jedną ofiarę śmiertelną, solił starszy pan i przesolił, upadł i rozbił łeb.

        Telewizor był stałym kompanem naszych posiadówek przy piwie, pogoda, el frio siberiano, zajmował chyba wszystkich hiszpańskich dziennikarzy, a relacje dotyczące pogody zdominowały wiadomości. W pewnym momencie puszczono ujęcia z różnych krajów, wypowiedzi różnych osób, ich reakcja na zimno. Pojawiła się seksowna babeczka z Londynu, młody chłopak z Amsterdamu i trzęsąca się z zimna staruszka w berecie, rzecz jasna z Polski, nie zdziwię się jeśli z Rzeszowa. Kobieta wypowiedziała tylko te kilka słów: Ale mówili, że śniegu miało nie być. -w głosie tym było wszystko, rozpacz, rezygnacja, rozczarowanie rządem, gorycz na zamieszanie z receptami, wkurwienie na zbyt krótki dzień i wiecznie pokryte chmurami niebo. W głosie tym był sam smutek.
        Oczywiście naszą reakcją znowuż był śmiech. Chociaż w momencie refleksji przysiadam nad tym obrazkiem kobiety zakodowanym w moim łbie i uronię łzę nad jej smutną dolą. Zwłaszcza, że tutaj stare baby żyją zupełnie inaczej. To jest poziom życia!

        Komentuj (0)

      ← Poprzednie →
      Copyrights © 2003 - 2011. ownlog.com | fotolog.pl
      • Szablon: maxbmx.ownlog.com
      • SEO: ageno.pl
      • Sponsor: CRM